Książka pisana od stuleci przez Zbieraja (fragmenty)

Spis treści

Sentencje
Szanty
          Szanto-locja zatokowa
          Szanta karaibska
          Ballada o „Korsarzu”
Limeryki urodzinowe
          Limeryk dla JurMaka
          Limeryk dla Grzywiastego
          Limeryk dla Apacza
          Limeryk dla Gagi
          Limeryk dla Burego Kocura
          Limeryk dla Lemurka
          Limeryk dla Agatonka
          Limeryk dla Barta
          Limeryk dla Oli
          Limeryk AIKO-Rumplowy
          Ballada dla Iwy
Listy do Jurka Kulińskiego
          Guru
          Schengen - nie ma diabła, choć są szczegóły
          Jak to robią w Dolnej Volcie
          Szopka 2008
          Inne spojrzenie na rozporządzenie
          Generator referatów
          Jeszcze o zagrożeniach
          Batalia o „Korsarza”
          500.000 tys. mil
Anegdoty różne
          Ciotka Marciniakowej
          Swoje zdanie
          Fachowcy
          Robiłem za pasażera na „Zawiasie”
          Afera medyczna
          Wołanie o pomoc
          Popłynęlim, zobaczylim i wrócilim
          Patent Szocika
          Fakty autentyczne
          Żeglarstwo w Polsce a komunizm - historia
          Karaibski poradnik rybno-wędkarsko-kulinarny
          Nie przywiązywać do czegoś wagi
          Mięsko
          Schodzenie na psy
          Blue Sirius
          Morski ślub
Z forum zegluj.net
          Wielki przechył
          Kto to jest Kuracent?
          Pokrętna logika
          Pamiętnik znaleziony w zgliszczach
          Definicje regatowe
          Szczelinomierz
          Zabijanie karpia
          Życzenia świąteczne
          Piosenka dla Kuracenta
          Holowanie „Zawiszy”
          Pływanie bez silnika
          Jak „jaja Zbieraja” stały się ciałem
          Głos w sprawie koszulek forumowych
          Z pamiętnika ratownika
          Bajka
          Dobre obyczaje
Pamiętnik znaleziony w zęzie, czyli jak to ze „Spanielem II” bywało
Reportaż z TSR 2012 emitowany przez Polskie Radio Szczecin


SENTENCJE

W pływaniu po morzu jest jak w socjaliźmie: głodno, chłodno, rzygać się chce, a wysiąść nie można.

Żeglarstwo morskie, seks i alkohol stworzono dla ludzi, którzy umieją z tego korzystać.

Różnica między dziennikarzem a prostytutką (i wtedy, i teraz) sprowadza się głównie do tego, który koniec kręgosłupa sprzedaje się za pieniądze.

Średnio biorąc - odsetek głupich kapitanów jest taki sam, jak odsetek głupich załogantów.




SZANTY

Uzupełnienie locji
SZANTO-LOCJA ZATOKOWA

Gdy szefa masz dość,
Gdy rąbie cię złość,
A żona z teściową sekuje.
Odwagi ci brak
I trafia cię szlag,
A dziecko przynosi wciąż dwóje...

Nie wnikaj w przepisy.
Przepisów kulisy
Ma znać przecież tylko „góra”.
Minsport z Pezetżetem
Kolejnym lex-bzdetem
I tak zrobią ci koło pióra.

Wniosek:
A-ja-ja-jaj!
Popłyń do Helu!
Tam gęba ponura
Burego Kocura
Przysporzy ci kumpli wielu.

A-ja-ja-jaj!
Popłyń do Pucka!
Gdy przyjdzie Zientara,
Tatianie kopara
Opadnie, bo rzecz to ludzka.

A-ja-ja-jaj!
Popłyń do Górek!
Tam Skipcio z Apaczem
Cię schleją sikaczem
I wpadnie Kuliński Jurek.

A-ja-ja-jaj!
Popłyń do Gdyni!
To prawda, nie blaga,
Tam Maksio i Gaga
Dla ciebie ubiorą się w mini.

A-ja-ja-jaj!
Płyń sobie do Sopotu.
Snuj wieści o Gdyni
i dupie Maryni
I Bognie narobisz kłopotu

A-ja-ja-jaj!
Płyń potem na Jastarnię!
Tam Cypis i Grzywa
Naleją ci piwa
Aż kacyk cię lekki ogarnie.

A-ja-ja-jaj!
Kurs obierz na Kuźnicę!
Zapewne tam łodzią
Przybędzie Pan Bodzio
A Wera założy spódnicę.

A-ja-ja-jaj!
Płyń sobie pod Chałupy!
Tam Szocik-kojocik
Już rozbił namiocik
A wkrąg leżą gołe dupy.

     Ponieważ są szanse, że ta szanto-locja wcześniej czy później trafi na jakiś międzynarodowy festiwal, jedną zwrotkę napisałem używając języków zagranicznych:

A-ja-ja-jaj!
Sail, please, nach Danzig
Bo tu, nad Motławą,
Podejmie cię kawą
Wuj Bart, Nummer sieben und zwanzig

     Jak wiadomo, istotną częścią każdej locji są ostrzeżenia o niebezpieczeństwach. No to proszę: Ostrzeżenie nawigacyjne numer 1:

A-ja-ja-jaj!
Nie płyń do Północnego!
Makieła przy skipie
Cię miałem przysypie,
Miał będziesz przesrane, kolego.

* * *

     No dobrze, kiedyś to trzeba skończyć!

Co, jeszcze śpiewasz?
Chyba se robisz jaja!
Gdy szanta wciąż leci
Zastosuj punkt trzeci
Regulaminu Zbieraja!

     No, skończyliśmy, ale co dalej? Wszak wszystkie pomoce nawigacyjne muszą być aktualizowane! OK, przygotowuję właśnie aktualizację na rok 2009. Będzie mniej więcej tak:

A-ja-ja-jaj!
Popłyń do Górek.
Tam Krzysia masz Mnicha
I Waldka Heflicha
I przyjdzie Klawiński Jurek.

     A gdybyś zechciał wpaść ponownie do Gdyni?

A-ja-ja-jaj!
Łatwiutko przyjdzie ci to.
Tu czeka cię Wacek,
I Kijewski Jacek,
I Jarek Rowiński z kobitą.

* * *

     Kręcę się po tych Kanarach, Maderach i innych cholerach i tak sobie podśpiewuję:

A-ja-ja-jaj!
Hej, Krakowiaczek(????) ci ja.
Miast kręcić się w kółko
Popukam się w czółko,
Bo chyba mi szajba odbija!

     AIKI dopisał:

Za oknem jest mrok,
w TeZetHa jest tłok,
nie będzie to żadna sielanka.
Już naród kłusuje
i miejsca zajmuje,
Zbieraja dziś pogadanka

A-jaj-aj-aj
każdy kto słucha - ryje,
tu drętwus i smęt
się uśmieje do pięt
i jeszcze piwko wypije.

A-jaj-aj-aj
opowiedz jeszcze troszkę,
a jak nie masz siły
nasz Zbieraju miły,
po prostu NAPISZ KSIĄŻKĘ:-)

     Jan Mnich dopisał:

Bo tera je wojna,
Zwiazunio ciągle coś knuje,
Choć Gensek z Durejkiem
Rzucają w nas mięchem,
to wolność zatriumfuje!

Bo teraje wojna
i kto żegluje ten żyje!
Przeglądy i kwity
wsadźta w odbyty,
prawda niech na wierzch wypłynie!

wróć na początek strony...




SZANTA KARAIBSKA

     Opuściłem gościnne progi Lasa Palmasa udając się na atlantycką peregrynacyję. Groziło mi, że wpadnę w nastrój podniosły, bogoojczyźniany i polecę Mickiewiczem, czyli w stylu romantycznym. Jakieś stepy akermańskie, kurhany, jedźmy, nikt nie woła etc. Np. coś takiego:

Wpłynąłem na szerokie wody oceanu
Łódź nurza się w niebieskość i jak czapla brodzi
Śród ławic ryb latających i śród innych łodzi.
Omijam koralowe ostrowy Caribbeanu (!???!)

     Ze szponów takiej romantycznej grafomanii wyciągnęła mnie w ostatniej chwili nasza kochana Agunia Gaagunia Proczka, przysyłając mi e-maila. E-mail miał niezwykle zachęcający tytuł: „A bodajbyś się...” a dalej w tekście było: „...drynkiem z palemką zakrztusił”.
     Potem były pretensje, że wziąłem dupę w troki i popłynąłem tam, gdzie cytryna dojrzewa, zostawiając Gagę i inne damy z pl. rec. zeglarstwo na pastwę jesiennych szarug i zimowych zamieci.

     Gaguniu! Muzo Ty moja! Natchłaś mię byłaś tfurczo! Zawróciłaś mię z drogi niemodnego dziś Romantyzmu i wepchłaś na zdrowy kurs współczesnego Realizmu. Rozejrzałem się po okolicy. Jak mówią Francuzi: „Krugom okiean i ni ch... nie widno”.
     No i gdzie to my płyniem? Aha, Karaiby! A tam – najpopularniejsza mieszkanka Guantanamo, czyli guantanamera. No to polecimy „Guantanamerą”. Canto jest skomplikowane, więc ładujemy tylko refrenem:

Drynka z palemką
Wypiję siedząc z panienką.
Mając pod ręką
Cytrynkę na pół przeciętą.

W drynku palemka
Musi być dobrze zmrożona,
Za to panienka
Może być ciut przechodzona.

Tati nie wezmę
Na drinki i bara-bara,
Bo mi po mordzie
Da wredna Stara Zientara.

Takoż i Nadia
Nie będzie drynków przebojem,
Bo mówiąc szczerze
Troszeczkę Skipcia siem bojem.

Tak więc tradycja
W zakresie drynków jest taka,
Że Krakowianki
Będą pić u Warszawiaka.

Najpierw zaproszę
I biorąc lekko pod łokieć
Postawię drynka
Magister Annie B. Kopeć.

Potem Agnieszce
Postawię drynka, bo ona
Sama zeznała,
Że właśnie jest rozwiedziona.

Za drynk z Agnieszką
Nie mogę dostać po pysku,
Bo to panienka
Całkiem świeżutka, z odzysku.

Za to drynk z Maksiem
Mnie odrobinę przeraża.
Maksio jest fajna,
Lecz strasznie chuda, zaraza.

A mnie mówiła
Prababcia Eufrozyna,
Że chuda baba
Jest gorsza od Tatarzyna.

Co mi tam! Maksia
Pić paru drynków nauczę
Ale nasamprzód
Chyba ją lekko podtuczę.

Za to Gaguni
Postawię drynk z animuszem.
Ma duuużo... wdzięków
I jej odchudzać nie muszem.

Gorzej z Danilczuk
Bo przecież lata upłyną
Nim zdecyduję
Pić z Bogną, czy z Katarzyną.

Postawię drynka
A potem podstawię brykę
Odwożąc do dom
Magister B. Weronikę.

Postawie drynka
Lecz najpierw spytam Mamunię
Czy pić pozwoli
(Chodzi o Szwarc Kajunię)

Wezmę pod palmę
I drynka postawię ci ja
Gdy z mgły angielskiej
Wylezie Matis Monija.

Potem Żyszkoli Postawie drynka w zapale
Bo, prawdę mówiąc,
Kiełka nie bojem siem wcale.

* * *

Gdybyś, Jureczku
Nie pojął, co Zbieraj kleci,
To jeszcze chwilę
Poczekaj. Już morał leci:
Przepłyń Atlantyk
A szybko zrozumiesz i Ty
Co z człeka robi
Miesiąc bez fajnej kobity!!!

wróć na początek strony...




BALLADA O „KORSARZU”

     Czy znasz, Drogi Jurku szantę „Whiskey in the jar”? Prawdę mówiąc – nie jest to żadna szanta, tylko irlandzka pieśń biesiadno-pijacka. Ot, taki irlandzki „Bal na Gnojnej”, ale od kiedy Andrzej Mendygrał napisał polskie słowa „Siedzieliśmy pod jodłą i dobrze nam się wiodło”, ta mendygrałka u nas uchodzi za szantę.

     Jest to utwór popularny na świecie i wykonywany w różnych wersjach. „Metallica” zrobiła z tego niemal hard rock, Thin Lizzy – powolną, liryczną balladę. Ja zaś wolę wersję klasyczną, w wykonaniu „The Dubliners”. Posłuchaj: http://www.youtube.com/watch?v=46EXY4oP1Do&feature=related

     Złapałeś melodię i rytm? No to – rebiata, pajechali!


          Ballada o „Korsarzu”

Był „Korsarz”, łódka mała, co dzielnie się spisała,
Regaty słynne Zoppot-Kiel bez trudu raz wygrała.
Zwycięzcą Tadek został, bo konkurentom sprostał,
W nagrodę piękny puchar, zwany „Kronenkompass” dostał.

     Więc trzeba dać mu w dziób, co myśli sobie...
     Niech pływa tylko Zoppot-Hel i kajak ma za łódź!

Nie bity Tadek w ciemię, wiec puchar w PKM-ie
Zostawił, by żeglarskie miało co oglądać plemię.
I wszyscy oglądali, i puchar podziwiali,
W „Danziger Neue Presse” jednak nic nie napisali.

     Więc trzeba dać im w dziób, co myślą sobie...
     Masz puchar? No to telewizję i gazety sproś!

Lecz ktoś się widać nie bał i puchar im za..kosił.
Może to zwykły menel był, a może jakiś pedał.
Z innego ktoś tam jachtu, a może ktoś z Wehrmachtu.
Nie pilnowany puchar był, więc nikt nie krzyknął „Achtung!”

     Więc trzeba dać im w dziób, co myślą sobie...
     Bo teraz, panie, dokumentu i pucharu brak!

Już mnóstwo lat minęło, od czasu, kiedy wcięło
Ten Kronenkompas, no i wreszcie coś się dziać zaczęło.
- Zbyt długo było cicho - powiedział pewien Rycho.
Nie można też wykluczyć, że on wypił coś, z zagrychą...

     Więc trzeba dać mu w dziób, co myśli sobie...
     Niech pije, ale później nie zawraca głowy nam!

Tak więc rzeczony Rysiek powiedział „Zdaje mi się,
Żem Neostrady dziecię, więc sprawdziłem w Internecie,
A tam pucharu nie ma, więc wszystko to jest ściema.
Czyli te wieści o pucharze - to pieprzenie nie na temat”.

     Więc trzeba dać mu w dziób, co myśli sobie...
     Bo czasem nie ma w Internecie - a w realu jest!

Nie bacząc na wakacje, rozpoczął Rysiek akcję.
Poprosił wiele osób: „Proszę, spiszcie swe relacje”.
Urbaniak go olała, Murawska dała ciała,
Sontowska link do źródeł wnet na tacy mu podała.

     Więc trzeba dać jej w dziób, co myśli sobie...
     Niech siedzi cicho, niech nie daje żadnych linków nam!

A Robert Hoffman rzecze: - „Opanuj się, człowiecze!
Do historycznych badań bardzo kiepskie masz zaplecze.
Z rozumem żeś się rozstał? Wszak „Korsarz” puchar dostał!
Więc daj se siana i od rana nie rób ze mnie osła!”

     Więc trzeba dać mu w dziób, co myśli sobie...
     Nie będzie krytykował nas ten wredny Robert H.!

Zaś Ryszard mówi: „Hola! Nie róbmy tu przedszkola!
Ten Hoffman to jest blagier, to Prechitki zięć czy szwagier,
Nażarty czy też głodny, jest on niewiarygodny.
Więc siana sobie damy i Hoffmana już skreślamy.”

     Więc trzeba dać mu w dziób, co myśli sobie...
     Bo te badania zrobił, niczym sławny IPN!

--------------------------------------------

     Jak myślisz, Jurku, czy już wszyscy się na mnie obrazili?
Sam tego chciałeś!

     Całość związana z Kronenkompassem jest tu:
http://www.kulinski.navsim.pl/art.php?id=1362&page=0

wróć na początek strony...




LIMERYKI URODZINOWE

Limeryk urodzinowy dla JurMaka

Makieła Jerzy z Trójcity
Czuł pociąg do pewnej kobity,
Lecz stwierdził nad ranem,
Że ma przechlapane
I spał dalej, jak zabity.

Nie pomógł mu wcale brak renty
Ani rozliczne talenty,
Bo cóż człowiek może
Gdy jego - o, Boże -
Patron - to święty Walenty!

Lecz JurMak wstał w końcu z łoża
Odwalił siusiu i kupę,
Nie czekał do jutra,
Siadł do komputra
I zajrzał se na free-grupę.

Na grupie onej - jak zwykle
Postów bez sensu jest mrowie.
W dzień zwykły i w święta
To grupa jebnięta.
Nie czytaj - bo wiesz... glizdy w głowie!

Tu ciągle pierdoły, głupoty.
Od lat już nic się nie zmienia,
Aż nagle - jak z fusów
Ta banda lizusów
Śle JurMakowi życzenia!

Toasty za zdrowie JurMaka
Wznoszą, czym kto ma pod ręką
Ci w kraju - niech bedzie
Gorzałą i śledziem,
A Zbieraj - drynkiem z palemką;-)))

Jureczku - wszystkiego!!!!!!

PS. Włączyłem rano Skajpa, a on mi mówi, że mam jedno zdarzenie. No to klikam, a on mi na to:
Urodziny kontaktu Jerzy Makieła
W związku z powyższym - niniejszym nadaję Ci ksywę: „Kontakt Zbieraja"!!!

wróć na początek strony...




Limeryk urodzinowy dla Grzywiastego

Raz pewien Marek Grzywiasty
Czuł pociąg do pewnej niewiasty.
Aż dała mu Ruda,
Co piękne ma uda
Kartofle bez żadnej omasty.

Grzywiasty wkurwił się nieco:
„To ja mam jeść to beleco”?
Zabrał kartofle,
Włożył pantofle.
Zara się kumple podniecą!

I wyszedł, niby to z pieskiem
Przed dom, a tu niebo niebieskie!
Pokiwał więc głową
Dał w prawo, w Stalową,
I poszedł do starej Sobieskiej.

Nigdzie się nie zatrzymuje,
Mija akację, dwie tuje,
Oraz dwie ździry,
Wręcza jej pyry:
„- Pani to przefermentuje!”

Sobieska, zacności kobita
O nic już więcej nie pyta.
„- Dam drożdże, niech bedzie,
Lecz skocz pan po śledzie.
Wypijem, zakąsim i kwita!”

Nazajutrz Grzywa był zdrowy,
(No, może lekki ból głowy).
I w ten sposób rano
Na Pradze złamano
Monopol spirytusowy.

Mareczku, jak chłop chłopu: wszystkiego najdłuższego!

wróć na początek strony...




Limeryk urodzinowy dla Apacza

Raz Tomek, zwany Apaczem
Wrócił do domu cichaczem.
Mocno się musiał natrudzić
Żeby kobity nie zbudzić,
A przejść między kuchnią a sraczem.

Idzie przez pokój powoli.
Jak się nie wyp.....
No, ciemno było,
Więc rozbił ryło.
Stąd smutek. Zero swawoli.

A Tuśka na to: Apaczu!
Popatrz na lustro w tym sraczu:
Piwkiem się pewnie uchlałeś
Potknięcia nie przewidziałeś.
Chyba się dziś zestarzałeś!

Zerknął se Apacz na dowód:
Oto potknięcia jest powód!
Do Tuśki zagaja:
To wszak nie są jaja
Próbuję dogonić Zbieraja!

Apaczu, wszystkiego!!!
Zbieraj, którego i tak nie dogonisz;-))))

I specjalny dodatek dla Iwy :)

Bo Apacz, samotnie, udając Hamleta
Zasunął Iwuni wielkiego omleta,
Miast napiec zająców w buraczkach lub kaczek,
Gdyż Apacz był zawsze troszeczkę dziwaczek.;-)))

wróć na początek strony...




Limeryk urodzinowy dla Gagi

Raz Gaga z miasta Pilnika
Nie wzięła z sobą nocnika.
Rzekła: „Mamusiu,
gdzie zrobić siusiu?
Bo chciałabym sobie pobrykać”

Poszłabym sobie nad wodę,
Złapała dwie lub trzy dafnie,
Nie mogę, jak Grzywa
Napić się piwa
I sikać pod wiatr, bo się cafnie.

A w dniu urodzin od rana
Nie mogę być obsikana.
Wnet grupa się dowie
I każdy mi powie,
Że jestem od dołu zalana!

Więc apel do członków free grupy:
Hej! A przybędzie tu który?
Pójdziem do baru
I po drynkach paru
Będę zalana od góry!

wróć na początek strony...




Limeryk urodzinowy dla Burego Kocura

Raz pewien Kocur z Łomianek
Zrobił dość długi przystanek.
Na Helu to było
Więc wlał se cóś w ryło.
Świadek? „Kapitan Morganek”.

Do dziś nieznany jest powód
Dlaczego spojrzał na dowód.
O jeju, o jeje,
Się chyba starzeję
I mam coraz dłuższy rodowód.

Nie będę zachlewał ryja,
Nie włączę radia Maryja,
Panienki? Dość rzadko
Choć mam ich tu stadko.
Dostojny dżentelmen już ci ja.

Poważniej zacznę się nosić,
Nie będę już się kokosić.
Precz z kacem nad ranem!
Poważnym jam panem,
Lecz trzeba by kumpli zaprosić.

E-maile poszły jak wystrzał,
Rychłe, jak potoku bystrza.
"By trafić do celu
Wpadnijcie do Helu.
Stoję pod Jajem Burmistrza.”

Przyjęcie będzie niewąskie,
Przygotowałem zakąskie:
Do żarcia - jak zwykle,
Są śledzie i pikle.
Napoje? Tematy to grząskie!

I Kocur, siwy mało co
Spec-mejla do Grzywy: „Karocą
przyjedź do Helu,
Lecz wpierw, przyjacielu,
Do starej Sobieskiej, wiesz po co”.

Grzywiasty na Hel się wyprawił.
(z dostawą szybko się sprawił)
A tam już ferajna
I to całkiem fajna
Zapachem śledziowym się pławi.

Już Kocur panie całuje
Kolejno rączka po rączce.
I wnet, poczciwina
Toastem zaczyna.
Za zdrowie: po pięćdziesiątce!

wróć na początek strony...




Limeryk urodzinowy dla Lemurka

Raz pewien Lemur w Jastarni
Zamówił śledzie w wędzarni
I wszystkie, jak leci
Wyrzucił na śmieci.
Śledziowie byli to marni.

Wsiadł Lemur w swojego porsche'a,
Pojechał do Helu, na dorsza.
Tam tylko były hot-dogi,
Oraz hamburger, też drogi
I nic do wypicia, co gorsza!

Lemurek wkurwił sie nieco:
"To żarcie mnie nie podnieco!”
Dał w rurę, wziął na odwagie
Przyjechał do nasz, na Pragie,
A Praga - to nie bele co!

Som śledzie w śmietanie, w oliwie,
(Co tak smakują M. Grzywie)
Som po kaszubsku, po śląsku,
A nawet som po japońsku,
Żeby tak rzec sprawiedliwie.

Lemurek podżarł se śledzi,
Dwie sety też miał wypite,
Nie czekał jesieni,
Natychmiast się zmienił
W przecudnej urody kobitę.

Pamiętaj więc Cny Jubilacie
I zapisz na ścianie w swej chacie,
Że całe Wybrzeże
(a mówię to szczerze)
To tylko śledziowe erzacie!

Powiadam: żadna to blaga,
To prawda szczera i naga:
Chcesz wrąbać sledzika
Na Pragie pomykaj.
Zagłębiem śledziowym jest Praga!!!

A knajpek japońskich unikaj!
Na japońszczyznę my głusi.
Dwa trunki niebieskie
U starej Sobieskiej
I powiesz: „Ale mnie sushi!!!”

wróć na początek strony...




Limeryk urodzinowy dla Agatonka

Motto:
"ps. a wino chilijskie to fajne jest:)
Agatonek”

Raz Agatonka z Krakowa
Straszliwie bolała głowa.
Co piłaś, dziewczyno,
Gorzałę, czy wino?
A może to słoma makowa???

Zrobił se więc Agatonek
Na głowie koński ogonek.
"Na ząb dinozaura!
Choć z kacem - jam Laura,
Czy jest tu jakiś Filonek???”

Pod jawor duży jak regał
Przyleciał Filon. Się nie bał!
Spojrzała mu w ryło,
Nic z tego nie było,
Bo katzenjammer ją... męczył.

Dostała potem od grupy
Życzenia, jak zwykle do dupy.
Więc klina do gardła,
A potem zeżarła
Na kaca gar kwaśnej zupy.

Więc Agatonku uważaj!
Swoją metryką nie zrażaj!
Czy deszcz, czy pogoda
Ty stale bądź młoda
I więcej się już nie postarzaj!!!!

wróć na początek strony...




Limeryk urodzinowy dla Barta

Stary Budrys trzech synów....
Eee, nie tak! Tematyka do kitu, ale rytm wiersza mi się podoba, więc go zachowam:

Chciałem być dziś na Helu
Ale gości zbyt wielu
Już od świtu zawracało mi dupę.
Było wiele hałasu
I nie miałem więc czasu
Aby przejrzeć dokładnie free-grupę.

Kiedy wreszcie przejrzałem
To się wnet doczytałem
W poście mister Makieły Jerzego
Że - klękajcie rodacy,
bo w dniu wolnym od pracy
Dziś obchodzisz Geburstag, Kolego.

Chociaż trochę się zżymam
To tradycji dotrzymam
Jak wiesz - facet ci ja jestem szczery.
Więc poczekaj chwileczkę
jeszcze czasu troszeczkę.
Minut pięć - i już leci limeryk:

Limeryk urodzinowy (nieregularny, geograficzny) dla Wuja Barta 27

Wuj Bart nummer sieben und zwanzig
Na Geburstag chciał jechać nach Danzig
Lecz podróżą tak kupczył
Że mu silnik się zdupczył.

Wziął więc kajak, dwa wiesła
Lecz mu Garmin się zesrał
W rezultacie popłynął nach Breslau.

No i tak się zasapał,
Że z powrotem poczłapał
I Geburstag obchodził gdzie? W Krakau!

Wuju, wszystkiego!

wróć na początek strony...




Limeryk urodzinowy dla Oli

Raz Ola z miasta Warszawy
Do Kiełka miała dwie sprawy:
„Nagotuj dziś dobrej zupy
I nie zawracaj mi głowy!
Tak ma być! Koniec zabawy!”

Groziło, że koniec to Kiełka
Lecz nagotował żarełka.
Wymodził gar świetnej zupy,
Więc Ola dała mu... talerz
I odtąd Kiełek już nie łka.

Nie są to żadne kpiny.
Kiełek jest tutaj bez winy.
Nie dała mu w ryło,
(Choć warto by było)
Lecz Ola ma dziś urodziny.

I z tej to właśnie okazji
Podjadła kiełkowej małmazji.
Free-grupę sprosiła,
Lecz te wredne ryła
Spust miały jak stąd do Azji.

Grupowce zupę zeżarły.
Gęby rękawem obtarły.
Tradycją się stało:
Gdy żarcia za mało
Na barek te mordy natarły.

I choćby padli na główki,
To nie znaleźli wymówki.
Bo nim się naprali
To wszystko wychlali
I Kiełkom zabrakło pigwówki!!!!;-(((

Olu! Wszystkiego!
I nowego naciągu pigwówki też!

wróć na początek strony...




Limeryk urodzinowy AIKO-Rumplowy

Raz Rumpel z Andrzejem Kapłanem
Nie mogli zasnąć nad ranem.
Więc wstali z pościeli
I dumać zaczęli.
Szczególnie - nad życiem zasranem!

Czasami w krzyżu nas łupie,
A czasem mamy to w dupie.
Prostata nawala
Lub łeb napier...nicza
A inne nieszczęścia - też głupie.

Więc dzisiaj - mimo niedzieli,
Usilnie myśleć zaczęli.
Myśleli króciutko:
Po prostu lekkutko
Dziś rano my spierniczeli!

wróć na początek strony...




Ballada urodzinowa dla Iwy

W Górkach Zachodnich stał sobie Dżerry
Płatki stokrotki obrywał.
Kocha - nie kocha? Raz, dwa, trzy, cztery.
Swoją Iwunię przyzywał.

Wyszło „Nie kocha”! Dżerry oniemiał.
Nawet uronił dwie łezki,
Aż tu zza winkla, na „Eltaninie”
Przypłynął Zwierzak Wiśniewski.

Razem z Apaczem, co w zęzie grzebał,
Mówią „Płyń z nami, kolego”.
„Co? Nie chcesz płynąć? To pies cię.... trącał!”
I popłynęli bez niego.

Dżerry zrozumiał, że kumpli zdradził,
Więc na swój jachcik pogonił,
Iwę za dupę, w kokpit ją wsadził,
Ale już ich nie dogonił.

Iwa w kokpicie nie wytrzymała.
Wyrwała się z tej niewoli,
Przeszła przez kambuz, chochlę dorwała
I jak mu nie przypier....niczy!

Łeb rozwalony, więc jęczy Dżerry
„Cóż-eś zrobiła, o, pani?”
A tu siurpryza, na „Leśnym Dziadku”
Wpłynął do portu Tomjani.

Tomek Dżerry'emu już maść szykuje:
Mix pleśni i pajęczynę.
Bo to Tomjani, nie żaden Fleming
Wynalazł penicylinę.

Dżerry wyzdrowiał, pognał w Zatokę.
Ominął Głębinki bystrza.
Wpłynął do Helu, wziął handgranaty,
Rozpieprzył „Jajo Burmistrza”.

Z pieśni tej morał trza wywnioskować,
Chociaż przesłanie to słabe,
Że żeglarz musi tak kombinować,
By mieć i kumpli, i babę!

wróć na początek strony...




LISTY DO JURKA KULIŃSKIEGO

     Jureczku! Żorżyku, Gitarzysto ty Mój Basowy! (w tłumaczeniu na język współczesny - Mordo Ty Moja)!

     Co Ty piszesz? „Prawdziwego Guru - kpt. Zbierajewskiego???”

     Jaki guru, jaki guru? Ja tam robię za początkującego, adepta, greenhorna i co chwilę się kompromituję! W zeszłym roku armator Grzywa Marek, Praga Północ postanowił, nie wiedzieć czemu, przecumować w porcie swoję łódkę stąd - tam. Cały rejs miał mieć mniej więcej 30 metrów. Wygłosił przy tym jakieś dyrdymały, że przy mnie nikt nie śmie wydawać komend, z czego wynika jasno, że to ja mam tymi manewrami dowodzić. Dobra, spróbuję. Popatrzyłem na szpagat przywiązany do rufy i wydałem komendę: „Juzing rufowy oddaj!”

     No i o mało nie dostałem po mordzie, bo to u nich podobno nazywa się „cuma”. Potem mnie zawieźli pod taką wanienkę. Dziwną, bo była wkopana w ziemię i miała drzwiczki. Powiedzieli, że to się nazywa śluza. Fajne te Mazury. Co chwila coś nowego! ;-)))

     W tym, roku też jadę. Podszkoliłem sie trochę w teorii. Już wiem, że kij do bejsbola zamocowany na osi nazywa się rumpel.

     A Ty Agniecha, się nie czepiaj i nie wydziwiaj! Też se znalazła: wielki udziec uroczyście rozkrojony przez kpt. Zbierajewskiego Janusza. O mnie, jak o Pawlaku, wszystko można powiedzieć, ale nie to, że ja nowoczesny. Jedyne, co ja mogę rżnąć przy wszystkich, publicznie, to udziec!

     Pozdrawiam

Przyjadźta, bedzie fajnie!

     Janusz Zbierajewski

wróć na początek strony...




SCHENGEN - NIE MA DIABŁA, CHOĆ SĄ SZCZEGÓŁY

Drogi Jerzy!

     Obserwuję od pewnego czasu próby wyjaśnienia, co się - z naszego, żeglarskiego punktu widzenia - zmieniło po wejściu do strefy Schengen. Próbował to zrobić komandor Grzegorz Goryński (i chwała mu za to). Niestety, napisał to tak, jak pisze docent habilitowany do docenta rehabilitowanego. W rezultacie nie dziwię sie, że Krzyś Bieńkowski (a za nim inni) jęknął, że jako prosty doktor inżynier spod Grójca nic z tego nie zrozumiał.

     Kilkanaście osób z naszego żeglarskiego podwórka zadzwoniło do mnie z takimi mniej więcej wypowiedziami: napisałeś „Astronawigację dla idiotów”, więc może byś napisał „Schengen” w wersji „idiotproof”. Inaczej mówiąc - łopatologia stosowana lub - jeśli wolisz - jak sołtys krowie na miedzy. Schowałem więc pod dywan ambitną zasadę naszych czasów „żadna praca nie hańbi z wyjątkiem pracy społecznej” i oto rezultat:

     Odbyłem dwie rzeczowe i zarazem sympatyczne rozmowy z przedstawicielami Sekcji Przepisów Wydziału Służby Granicznej Zarządu Granicznego Komendy Głównej Straży Granicznej (po przeczytaniu tej nazwy zrozumiałem, że komandor Goryński nie mógł niczego napisać prostym językiem ;-) ) oraz Morskiego Oddziału Straży Granicznej (o rany, jaka prosta i zrozumiała nazwa! Więc jednak można!).

     Otóż sprawa z punktu widzenia żeglarskiego wygląda tak: Przede wszystkim - tu, być może, wielu żeglarzy będzie zaskoczonych - „szengenowskie” przepisy dotyczące żeglarstwa sportowego i rekreacyjnego (po naszemu - jachtów) zajmują się ruchem tychże jachtów, a nie ludzi na jachtach, gdyż ludzie podlegają takim samym przepisom, jak przy przekraczaniu granicy lądowej.

     Wariant 1.
Wychodzę jachtem do krajów „schengenowskich” - NIE ZGŁASZAM SIĘ do odprawy granicznej. Niezależnie od tego, kogo mam na pokładzie!

     Wariant 2.
Wychodzę jachtem i w planie mam zawinięcie do kraju „nieschengenowskiego” - ZGŁASZAM SIĘ do odprawy granicznej.

     Wariant 3.
Wracam z krajów „schengenowskich” - NIE ZGŁASZAM SIĘ do odprawy granicznej. Niezależnie od tego, kogo mam na pokładzie!

     Wariant 4.
Wracam z krajów „nieschengenowskich” - ZGŁASZAM SIĘ do odprawy granicznej.

     Koniec. Kropka. Tyle!
To znaczy - tyle to dotyczy mnie, jako kapitana!

     Ale musimy pamiętać o kilku istotnych kwestiach.

     Po pierwsze - SG ma prawo (co nie znaczy, że musi) przeprowadzić kontrolę praktycznie w dowolnym momencie. Przepisy wprawdzie mówią o konieczności przeprowadzenia tzw. oceny ryzyka (mówiąc w skrócie - chodzi o prawdopodobieństwo „przemytu osób”), ale też upoważniają SG do kontroli, w szczególnych przypadkach, bez oceny ryzyka.

     Po drugie - jeśli np. lokalne przepisy portowe zobowiązują kapitana jachtu do zgłoszenia zamiaru wyjścia z portu i kapitan taki zamiar zgłosi, na podstawie umowy między SG a administracją morską kapitanat zgłasza ten fakt do miejscowej placówki SG. A wtedy SG albo nie zareaguje, albo uzna, że kontrola graniczna jest konieczna i ją przeprowadzi.

     Pytanie teoretyczne: a jak to będzie w praktyce?
Odpowiadam przewidująco, na podstawie tzw. doświadczenia życiowego: Będzie różnie. Czy nam się to podoba, czy nie, musimy przyjąć do wiadomości, że w SG, podobnie jak w administracji morskiej i podobnie jak wśród nas, żeglarzy, istnieje pewien odsetek idiotów, oszołomów, nadgorliwców, nadwrażliwców itp.

     Przez jakiś czas (oby jak najkrótszy) będą konflikty wynikające z nadgorliwości administracji i SG i z nie zawsze uzasadnionego przekonania żeglarzy, że skoro jestem wolnym obywatelem wolnego kraju, to wolno mi wszystko, a władza może mnie... itd.

     Wkrótce się zacznie pierwszy sezon żeglarski „w naszym Schengen”. Już niektórzy PT Koledzy na łamach znanej grupy dyskusyjnej zaczynają opracowywać strategię wyprzedzającą, jak zrobić Straży Granicznej koło pióra, bo przecież oni zaczną... itp.

     A niby dlaczego mamy stosować metody nieustraszonej Armii Czerwonej, tzn. rozpoznanie bojem? Nie prościej zacząć od wzajemnej życzliwości?

     Ja to od lat robię to tak: Lewą ręką przytrzymuję koronę na głowie, żeby mi przypadkiem nie spadła, a prawą naciskam przycisk UKF-ki i mówię: Straż Graniczna Gdynia - „Zawisza Czarny”. Nic mnie to nie kosztuje. I dalej już jest miło.

     Oni robią swoje, za co im płacą (za mało), a ja robię swoje, za co mi płacą (też za mało). I tu znajduję z chłopakami (i dziewczynami) z SG absolutny konsensus ;-)))

     Welcome to Schengen countries!

     Janusz Zbierajewski

wróć na początek strony...




JAK TO ROBIĄ W DOLNEJ VOLCIE

Drogi Jurku!

     Zatrudniłem się u Jaśnie Pana na takiej mniej więcej trzydziestometrowej jolce. Jestem tu już drugi miesiąc. Przejechaliśmy tą jolką z Sycylii przez Malagę na Maderę we trzech, a teraz jesteśmy w Lasach Palmasach na Islasach Canariasach we czterech. Pewnie nasze PT Urzędy od Żeglugi by się załamały, mając wpisać w kwity, że na 30-metrowym jachcie MAXIMUM załogi - to 4 osoby, ale na szczęście bandera jest dość egzotyczna, więc nasze zarządzenia całkiem legalnie olewam.

     No i właśnie ja o tym.

     Jak wiesz, nasza kochana władza ustawodawcza Najjaśniejszej Rzplitej powołała Wysoką Komisję pod światłym kierownictwem posła Palikota, którego lubię, bo ma bardzo ładne imię. Wysoka Palikotowa Komisja ma wypunktować wszystkie bzdury legislacyjne, które - czystym, rzecz jasna, przypadkiem - zaplątały się gdzieś tam w ustawach i rozporządzeniach.

     Otóż właśnie spotykam się z czymś takim, że nasze światłe zarządzenia jedynie słusznych władz morsko-żeglarskich są słuszne, ale może nie do końca. Okazuje się, że można inaczej. Moja duża jolka nosi banderę Pewnego Państwa. Nazwijmy je - no, powiedzmy - Dolna Volta. (A co, mogła być swego czasu Górna Volta, to niby dlaczego ma nie być Dolnej Volty?).

     Jedynym oficjalnym dokumentem rejestracyjnym, jakim dysponuję, jest zaświadczenie, że nie było, nie ma i nie będzie żadnego dokumentu rejestracyjnego, bo w Dolnej Volcie żaden taki rejestr dla jachtów typu pleasure boats nie istnieje. Skoro zaś rejestr nie istnieje - siłą rzeczy nie może on (tenże rejestr) wydać żadnego dokumentu rejestracyjnego. Jest to poniekąd logiczne.

     Jedynym dokumentem oficjalnym mojego pływającego zakładu pracy jest urzędowy dokument, który Ci opiszę i zacytuję (tłustym drukiem - pisownia oryginalna):

     Papier firmowy z herbem Dolnej Volty i nadrukiem:

     FEDERAL MINISTRY OF TRANSPORT

     A niżej tekst:

     TO WHOM IT MAY CONCERN

     There is not a Government Registry in Dolna Volta for Pleasure Boats and therefore a boat belonging to Dolna Volta Resident need not to be registered in any Official Registry.

     Therefore Mr.... (tu nazwisko mojego chlebodawcy, zwanego przez nas Jaśnie Panem),
owner of
(tu nazwa jachu, długość, tonaż etc.)
is authorized to sail the above yacht, belonging to him, under the Dolna Volta flag.

     All Authorities and Ships of friend Countries are invited to recognized and assist the above Yacht as a Ship based in Stolica Dolnej Volty.

 

     Zapytasz pewnie, co się dzieje, kiedy - zawijając do „friend Countries” - pokazuję miejscowej władzy powyższy dokument?

     Na razie przetestowałem „friend Countries” w postaci Włoch (Trapani), Hiszpanii (Malaga), Portugalii (Madera) i ponownie Hiszpanii (Las Palmas).

     Miejscowa waadza najpierw przeciera oczy i długo studiuje rzeczony dokument z kamienną miną zimnego profesjonalisty (pamiętasz ukaz carski, że urzędnik powinien mieć wygląd lichy i durnowaty, żeby swoim szybkim pojmowaniem sprawy nie peszyć przełożonego? Dziś już jest inaczej.)

     Potem waadza dochodzi do wniosku, że papiery są mocne, pieczęć okrągła wyraźna, podpis wysokiego ministerialnego urzędnika takoż i waadza w takim, powiedzmy, Las Palmas, nie ma prawa wpieprzać się w przepisy wydawane przez rząd innego, samodzielnego, samorządnego i samoprzylepnego państwa, bo może dojść do konfliktu międzynarodowego. Nie, żeby zaraz wojna, ale protest ambasady już ma znaczenie.

     Następnie tok myślenia waadzy idzie w kierunku zapewnienia sobie (bo przecież nie mnie) dupochronu. I waadza znajduje dupochron. Dalsza rozmowa wygląda tak:

- Have you insurance policy?
- Of course, I have.
- You mean - Casco?
- Sure.

     Teraz waadza myśli: No dobrze, jak ten facet rozpieprzy swoją łódkę - to jego problem, ale co będzie, jak rozwali cudzą łódkę w moim porcie? I waadza znajduje haczyk:

- And what about Third Party Liability?
- Absolutely! -
robię lekko obrażoną minę, że ktoś śmie uważać mnie za idiotę, który pływa czymś takim nie mając polisy OC.
- May I copy these documents?
- Be so kind, please. I have no objection.

     Waadza kseruje sobie moje polisy, wkłada je do jakiejś szuflady i żegnamy się z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku.

     Popatrzmy na te sprawę w skali makro:

     Rząd Dolnej Volty i jego Federal Ministry of Transport - jak widać - wychodzą z takiego założenia: My jesteśmy od spraw poważnych, czyli żegluga, autostrady, koleje itp. Jeśli jakiś facet ma pieniądze i fantazję, żeby kupić sobie jacht - to jest jego problem. Jeśli jest przy tym głupi i się utopi - sorry, będzie w społeczeństwie o jednego durnia mniej. Jeśli zaś oprócz pieniędzy ma łeb na karku - to ma dwa wyjścia: albo zapisze się na jakieś kursy i się tego nauczy, albo zadzwoni do takiego egzotycznego kraju o nazwie Poland i wynajmie niejakiego Zbierajewskiego, który mu to wszystko załatwi.

     Rezultat jest taki, że urzędnicy Federal Ministry mają święty spokój, natomiast:

- Ja sprawdzam, czy tratwy ratunkowe są atestowane,
- Ja sprawdzam ważność, rozmieszczenie i rodzaje gaśnic,
- Ja sprawdzam, czy po odwróceniu pławki przy kole ratunkowym zapala się lampka i czy są tam sprawne baterie,
- Ja sprawdzam, czy sztagi i wanty są odpowiednio naciągnięte,
- Ja sprawdzam, czy pompy zęzowe są odpowiednio wydajne, a kosze ssawne - excuse le mot - niezasyfione.
- Ja zmuszam boat ownera do zakupu radia pośredniofalowego na Atlantyk, EPIRB-a i telefonu satelitarnego.
Itd., itd., itp., itp., etc., etc.

     I popatrz, co się dzieje:

     Urzędnicy Federal Ministry of Transport w Dolnej Volcie są happiest, bo mają mniej roboty, a pieniądze na pierwszego - te same.

     Ja jestem happy, bo zastosowałem amerykański sposób na satysfakcję z pracy („Zastanów się, co lubisz robić najbardziej, a potem znajdź faceta, który ci będzie za to płacił”)

     Mój pracodawca jest happy, bo wprawdzie trochę go to kosztuje, ale za to ma święty spokój i wymarzonych wakacji pod palmami kokosowymi nie zakłócają mu żadne dyrdymały.

     Jednym słowem - everybody happy.

     U nas natomiast jest tak:

     Urzędnik jest unhappy, bo ma kupę dodatkowej roboty, a pieniądze na pierwszego - takie same.

     Kapitan jest unhappy, bo mu co chwilę wpada jakaś kontrola i udowadnia, że wszystko jest nie tak, jak trzeba (w papierach).

     Właściciel jest unhappy, bo co chwilę musi załatwiać jakieś irytujące go kwity i jeszcze płacić za nie..

     Jednym słowem - everybody unhappy.

     Jak by powiedzieli nasi starsi w wierze bracia: Uś, Szanowny Panie Kuliński, czy Pan idziesz coś z tego rozumieć?

     Za jakiś czas będę testował waadzę na Karaibach. Szkoda, że mój Jaśnie Pan lubi tylko ciepłe morza. A tak chętnie bym popłynął do Gdyni. Chociażby po to, żeby zobaczyć minę Wysokiego Urzędnika Portu Gdynia na widok mojego dokumentu rejestracyjnego!

Pozdrawiam Cię urzędniczo, rejestracyjnie i certyfikacyjnie,

     Janusz Zbierajewski

wróć na początek strony...




SZOPKA 2008

Drogi Jerzy!

     Muszę Cię skrytykować ostro i pryncypialnie. Publikujesz w tej swojej witrynie materiały o sprawach różnych, poważnych, mniej poważnych i niepoważnych (o tych ostatnich – to głównie ja). Zapominasz jednak o sprawie najważniejszej: o podsumowaniu roku w postaci tradycyjnej szopki. I znów – jak w przypadku Locji Zatoki – muszę nadrabiać Twoje zaniedbania.

     Załatwiłem to za Ciebie. Usiadłem pod karaibską palmą, odpiłem dwa drynki z palemką, no i mi odbiło. Co mi odbiło? Głupie pytanie! A niby co ma odbić facetowi, który siedzi pod palmą???

     No więc napisałem libretto. Tak, tak, właśnie libretto.

     Szopka u Kulińskiego – to nie byle szanta typu Mazury, łajba z tektury, biała panienka (czy sukienka, co to za różnica), fale jak domy, Neptun nam łódź wywróci i inne dyrdymały.

     Szopka u Kulińskiego – to sprawa poważna i czymś poniżej opery nie da się tego załatwić.

     Napisałem Ci więc Szopkę w postaci opery. Kiedy wieść się rozeszła, że piszę libretto, rzucili się na mnie moi kumple, znani i szanowani szantymeni: Staszek Moniuszko, Jurek Bizet, Józek Verdi i jeszcze paru, z ofertami napisania muzyki do tego wybitnego dzieła. Oskar Kolberg zaoferował mi nawet ogromną skarbnicę twórczości dzielnego ludu polskiego. A ja im na to: O kej, sękju bojs, ale już w życiu dość się napracowaliście. Sam sobie dobiorę z waszej przebogatej twórczości jakieś bardziej podchodzące kawałki.

     Oto Dzieło, wraz z didaskaliami:



OPERA W DWÓCH AKTACH
p.t. SZOPKA U KULIŃSKIEGO 2008

Muzyka: Stanisław Moniuszko, George Bizet, Giuseppe Verdi i inni
Libretto: Janusz Zbierajewski
Obsada: E, tam, za dużo pisania. Sam sobie w tym miejscu przepisz książkę telefoniczną.


AKT I - liryczny

     Kurtyna opuszczona. W kanale siedzi orkiestra Opery Śląskiej. W tenże kanał zostaje wpuszczony Paweł „Banana boat” Jędrzejko jako conductor, ubrany w strój konduktora. On jest muzykalnym anglistą, więc odróżnia, czym się różni jeden conductor od drugiego, a obaj od kabla z prądem.

     Dlaczego Opera akurat Śląska? Żeby było jak u Hitchcocka. Bo Paweł jest z Sosnowca. A w orkiestrze gro na trumpecie taki jedyn ślunski karlus, Kuś Maryjan. Conductor Jędrzejko podnosi batutę, co owocuje warknięciem Maryjana:

     „Tyn zatracony karlus z Altrajchu nie bydzie mi groził tym drzywnianym pyrlikiem! Jak jo go zarozki kopna w rzyć, to zrobia z niego pirata, bo se bydzie musioł Holzbajn kupić”.

     Zapowiada się, jak widzisz, nieźle!

     Orkiestra zaczyna grać uwerturę w postaci słynnego „Um-papa, um-papa” z równie słynnej szanty „Traviata” Józka Verdiego, zaczynającej się od słów „Więc pijmy, więc pijmy za zdrowie miłości...” Po czterech um-papach kurtyna się podnosi.

     Na sceną wchodzi duet: Bury Kocur (sznapsbaryton) z Bogną-Katarzyną dwojga imion i cholera wie ilu nazwisk (Bogna – sopran, Katarzyna – nieco- (a może mezzo-) sopran).

     Kocur śpiewa:

A z tobą, świat cały opłynę, o Pani.
Każdy dobry powód,
Aby rzec „Jajowód”,
Wypić, zjeść.
Najbardziej w tym roku mnie wkurwił Tomjani,
Mordy nie obiłem,
Lecz go wyrzuciłem.
Cześć!

     Włącza się podduet Bogny z Katarzyną. Jest o podduet typu „wash and go”, bo dwie w jednej. Conductor Jędrzejko podnosi brwi ze zdumienia, bo Bogna z Katarzyną nagle zmieniają podkład muzyczny na „Pamiętasz Capri”:

Pamiętasz może, mój drogi Kocurze
Jak na „Kocurze” mijaliśmy Hel.
Twych słów dokładnie już dziś nie powtórzę,
Lecz coś tam było, że Horn to Twój cel.

     Lekko przerażony perspektywą zaliczania Hornu „Burym Kocurem” Bury Kocur sadzi długimi krokami przez scenę. Za nim Bogna z Katarzyną, z powodu obcisłych spódnic, biegną kurcgalopkiem.

     Na ich miejsce wchodzi Agnieszka Krakowska, o, pardon, Krajewska, (mezzosopran energiczny) przebrana za Halkę. Orkiestra gra szantę „Jako od wichrów krzew połamany” - Stasia od Moniuszków.

Jak ten od sztormów bezan porwany
Tak się me stadło skończyło.
Lecz „Wisła” dziady, „Cracovia” Pany,
Teraz jest fajnie, jest miło.

     Agnieszkę spycha ze sceny Maksio (sopran wychudzony), też przebrana za Halkę:

Już chyba wszyscy słyszą, o, rany
Hercklekot serca mojego.
Bo Zbieraj, w siwą brodę szarpany
Zwie mnie „zarazą”. Dlaczego?

     Niepocieszona Maksio udaje się za kulisy, skąd wychodzi Iwa, (sopran liryczny, smutny czegoś) też przebrana za Halkę (Cholera, epidemia jakaś, czy co? Same halki? Nie mogła się któraś przebrać za figi, stringi albo biustonosz?). Orkiestra dalej leci Moniuszką.

Chyba mnie znacie, jam biedna Iwa
I cóś mi chodzi po głowie.
Ja strzegę granic, Jaromir pływa,
Kiedy powróci?... Kto go wie?

     Tu Iwa, pamiętając, że reprezentuje władzę, a władza zawsze koniecznie chciała się bratać z ludem, wstawia góralski element ludowy. Śpiewa a capella!

Anim ja nie baca,
Anim ja nie hrabia.
Hej, jam ci na państwowym.
Jaromir zarabia.
Hej, jam ci...

     Iwę wyprasza delikatnie ze sceny Marek Grzywa (tenor bohaterski z Pragi Północ), przebrany za Jontka. Orkiestra zasuwa słynną szantę Jontka z „Halki” „szumią jodły na górszczycie”. Wprawdzie nie bardzo wiadomo, co to jest ten górszczyt, ale mimo to szanta jest dość popularna.

Szumią kliwry na bukszprycie
Wkoło wilgoć, ziąb.
Zbieraj to ma klawe życie,
Ciepłe wody wkrąg.

Serio płyniesz, czy na niby?
Po cholerę Karaiby?
Powiem Gadze, że na Pradze
Też fajowo jest.

Też fajowo jeeeeeeest
     (o rany, Grzywiasty pojechał o całą oktawę do góry, dojeżdża do wysokiego „C”, podnosi w górę środkowy palec lewej ręki i kontynuuje):
Palec ony
Podniesiony
To przyjaźni gest.

     Na scenę wchodzi Szocik-kojocik z Szotaśką, ubrani – nie wiedzieć czemu – w ludowe stroje kaszubskie, z Juzingiem w wózku. Szocik nie kuma, że to opera i leci „Czerwonym jabłuszkiem” czyli na ludowo:

Na naszym weselu
Zatańczylim swinga
I już pierwszej nocy
Machnęlim Juzinga.

     Juzing zaczyna się drzeć, więc Szoty pośpiesznie opuszczają scenę, na którą wchodzi Cłapik ubrany w strój młynarza(?) i też leci Kolbergiem:

Cztery córy miał Cłapa
Znany żeglarz ze Zgierza...

     Za nim wbiega, rwąc włosy z głowy Cłapikowa i zaczyna zwrotkę od początku:

A mówili, że chłopa
Stale trza mieć na oku,
Stale trza mieć na oku.
Cztery córy? To chyba
Gdzieś dorobił na boku...

     Energicznym ruchem wyprowadza Cłapika ze sceny. Na ich miejsce wchodzi Stara Zientara z Tatianą. Stara Zientara (sznapsbaryton nie do końca muzykalny) nie całkiem kuma, o co tu chodzi, więc usiłuje zdobyć przynajmniej tę najważniejszą dla niego informację. Rozgląda się po scenie i widowni, i śpiewa krakowiaka:

Co jest tutaj grane?
Tati, moja divo!
Spróbuj się dowiedzieć
Gdzie tu dają piwo?

     Orkiestra gra szantę Skołuby ze „Strasznego Dworu”. Choć to szanta męska - Tatiana (alt belcantowy) podejmuje wyzwanie:

Zientara Stara gdyby świat
Kufelki ciął jak z nut.
I każdy piwosz jest mu brat
I piwa wszak ma w bród.

Przylgnie do niego ksywa
„Skiper Przyjaciół Piwa”
Już sama nie wiem: mąż-niemąż
On do tawerny wciąż.

Jak ci się ta
Podoba ksywa?
Boisz się? Nie?
Napij się piwa.

     Ściąga go ze sceny. Na ich miejsce wchodzi zafrasowany elektronik Wojtek Kasprzak, wpatrzony w miernik częstotliwości, trzymany w ręku i leci Niemenem:

Jednego herca .... za mało

     Za Wojtkiem wpada na scenę Skipbulba, kopie go w kostkę i teatralnym szeptem (lekko przepity basbaryton) mówi:

Nie zaprosiłem cię tutaj po to
Byś śpiewał Niemena w operze, idioto.

     Przywołany do rzeczywistości Wojtek wychodzi na środek sceny. Orkiestra gra szantę toreadora z „Carmen” Jurka Bizeta. Wojtek (tenor refleksyjny) śpiewa:

Zrobiłem „Sztrandka”, ach cóż to za łódź.
robię drugiego, bo mnie bierze chuć.

     Po czym - olewając orkiestrę – ujmuje się pod boki i schodzi ze sceny krokiem tanecznym, podśpiewując:

Jak zatańczę „usia-siusia”,
Może wyjdzie i „Sztrandusia”...

     Kurtyna opada z obawy o to, że na skutek wybryku Wojtka opera zmieni się w balet. Koniec aktu I.



AKT II - dramatyczny

     Na sceną wchodzi krokiem dostojnym znany zwolennik szkolenia w stylu angielskim, czyli Mariusz Główka (tenor czysty, nieskażony nikotyną). O, kurczę, zapowiada się, że teraz chyba rzeczywiście skończył się wodewil i zacznie się dramat.

     Orkiestra daje podkład muzyczny: dalej leci Jurkiem Bizetem. Tym razem jest to szanta: „Bo miłość to cygańskie dziecię” z „Carmen”.

     Mariusz śpiewa:

Gdy chcesz powłóczyć się po świecie
To pływaj sobie tam, gdzie chcesz.
Olej te kwity w Pezetżecie
I kwity z RYA śmiało bierz!

Powtarzam wszystkim już od rana:
„Lipcowy” patent – samo zło.
Inwencja kurwy i szatana!
Patenty RYA – to jest to!

     Za Mariuszem na scenę wchodzi Grześ Firlik (tenor młodzieżowy) z plakietką „Sprawozdawca parlamentarny” na piersi i – skubany – olewając konwencję operową, sprawozdaje w rytmie „Jeszcze jeden mazur dzisiaj”:

Powiem, jak to podkomisja
Sportów ekstremalnych
Chciała wsadzić nam żeglarstwo
Do zajęć fatalnych.

-Czy bezpieczne jest żeglarstwo?
Poseł Kulej pyta.
I sam sobie odpowiada:
- Nie, bo nie! I kwita!

- Niebezpieczne jest żeglarstwo
Faktu nic nie zmienia.
Najgroźniejsze są jeziora,
Tam są wybrzuszenia.

Poseł nie dał się przekonać
Mimo próśb i namów:
- Boks to sport dla dżentelmenów,
Żeglarstwo dla chamów.

- Ależ panie pośle Kulej!
Rzekł senator Rocki.
- Pański genre to mordobicie,
Gramy w inne klocki.

     Teraz wchodzi na scenę prezes Kapłan z „Samosteru” Też nie trzyma się konwencji operowej i ładuje raz na ludowo:

Czerwone jabłuszko
Przekrojone na krzyż.
Czemu, Pezetżecie,
Krzywo na mnie patrzysz?

Czy to jest królestwo,
Republic, czy carstwo,
Świat uprawia jachting
A my – wciąż żeglarstwo.

Jachty za wodą,
Flagi za wodą,
Yellow-blue bandery
Prym u nas wiodą...

     Orkiestra Opery Śląskiej baranieje. Conductor Jędrzejko też. Dramatycznym głosem woła: „Czy my to mamy grać?”
     Z kanału wychyla się trumpecista Kuś Maryjan i krzyczy zdziwiony do Jędrzejki: „Panie kapelmajster, ale my do tego ni momy nutów!”

     Na scenę wchodzi prezes Kaczmarek (tenor bohaterski) w towarzystwie sekretarza nadzwyczaj generalnego Stosia (basso-prawie-profondo). O dziwo, wpadają w tę samą nutę, co prezes „Samosteru” (czyżby signum temporis?):

Niech się J. Durejko
Z min. Drzewieckim kisi,
My już stąd spadamy,
Nam już wszystko wisi.

     Zrozpaczony Maryjan woła do prezesa z kanału orkiestry:
- A ty wisz, karlusie jeden, jak wyglonda koń?

     Prezes z sekretarzem (unisono), choć gorole, odpowiadają tak, żeby tyn ślunski pieron zrozumioł:

My ni momy kunia,
My ni momy owcy,
My tera bedymy
Dwa pro-wolnościowcy.

     Na scenę wkracza chór prezesów OZŻ-tów, najwyraźniej sprzyjających prezesowi Durejce i zaczyna na zupełnie inną (rzecz jasna) melodię, zwracając się do duetu Kaczmarek-Stosio:

To ostatni już sejmik,
Wkrótce się rozstaniemy...

     Zza drugiej kulisy wpada na scenę chór innych prezesów innych OZŻ-tów i przerywa pierwszej grupie, powracając do poprzedniej melodii o czerwonym jabłuszku:

Nie odchodź Prezesie!
Wiesiu, jesteś wielki!
Lepszy ONE Kaczmarek
Niźli dwa Durejki.

     Pierwszy chór prezesów odpala bez namysłu:

Przecież wszyscy wiedzą
Od Żywca do Warki:
Lepszy ONE Durejko
Niźli dwa Kaczmarki.

     Rozpierducha na scenie robi się coraz większa. Grozi wręcz mordobiciem. Znany znawca prawa i wszelkich podatków prezes „Bryfoka” Hasip postanawia zastosować metodę arbitrażową. Wiadomo wszak, że w sytuacjach konfliktowych obecność damy łagodzi obyczaje. Hasip (tenor energiczny) wchodzi na proscenium i zarządza śpiewnie:

Każde mordobicie
Ma wysoką cenę.
Trzeba załagodzić.
Gaga, właź na scenę!

Czas najwyższy wkroczyć
I zapobiec draństwu.
Gaga, właź na scenę
I ukłoń się państwu!

     Gaga wchodzi na scenę, ale – jak to u kobiet bywa – mylą jej się kierunki i – zdaje się – nie do końca zrozumiała, czy „państwo” to ci na scenie, czy ci na widowni. Pochyla się i zastyga w głębokim ukłonie, tyłem do publiczności. Zamiąch ze sceny przenosi się także do kanału orkiestry. Pianista, wrzucony do pudła fortepianu, woła zrozpaczony:

Świat mi przesłoniły cały
Te klawisze i pedały....

     Siedzący przy samej scenie Zbieraj, który ma tuż przed oczami Gagę, a właściwie jej istotny fragment, woła z oburzeniem do pianisty:

Guzik mnie obchodzi
Twych klawiszów kupa,
Bo mi świat przesłania
Piękna Gagi sylwetka.

     Zza kulis wybiega przerażony Zwierzak i z pianą na pysku i obłędem w oczach woła:

Co to teraz będzie!
O rany! O zgrozo!
Chyba koniec świata,
Zbieraj gada prozą!

     Za nim wybiega Wera i mówi pojednawczo:

Spoko, Zwierzak, spoko.
To się trzyma kupy.
Jeśli gada prozą
To z powodu dupy!

     Sytuacja i na scenie, i w kanale orkiestry, i na widowni staje się niebezpiecznie gorąca. Prezes Kaczmarek postanawia zastosować znany w żeglarstwie manewr ostatniej szansy i śpiewa:

Nie będziem się kłócić,
Nie będziem się wadzić.
Sztandar Pezetżetu
Proszę wyprowadzić!

     Następuje powszechny entuzjazm. Na widowni szał, standing ovations, burnyje apłodismienty, wsie wstajut.

     Na scenie Prezes Kaczmarek robi niedźwiedzia z prezesem Kapłanem, Mariusz Główka pada w ramiona Stosiowi, Tomjani całuje się z dubeltówki z Burym Kocurem, Maksio obiecuje Zbierajowi, że trochę utyje, Gaga wyprostowuje się, zasłaniając drugą połowę świata, Krzyś Bieńkowski wznosi toast za zdrowie Jacka Cisa, grupa p.r.z-towska woła: xxxxxxxxxxxxxx xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxx (interwencja cenzury J.K). Grzywiasty szerokim gestem zaprasza wszystkich na degustację napojów zakupionych o czwartej nad ranem w bramie na Stalowej, u starej Sobieskiej herbu Zacier.

     Zewsząd padają okrzyki:
Fredro woła: - Zgoda, zgoda, a Bóg wtedy rękę poda!
Na to Marks: - Żeglarze wszystkich krajów, łączcie się!
Żeromski zaczyna pisać powieść żeglarską pod tytułem ”Pierdoły”. Już napisał pierwszy fragment: „Mazuranty poszły w las. Echo ich srania...”
Juliusz Fuczik - ostrzegawczo: - Ludzie, kocham was. Bądźcie czujni!

Kurtyna opada.

KONIEC OPERY!


-------------------------------
     Jureczku!
PS 1. Napisałem na początku, że odpiłem dwa drynki z palemką. Że te drynki były tylko dwa – nie będę się upierał, ale po przeczytaniu sam rozumiesz, że takiego dzieła nie da się popełnić całkiem na trzeźwo.

PS 2. Pewnie się niektórzy na mnie za to obrażą. I bardzo dobrze. Jak powiedział pewien mało znany wieszcz:

Kiedy się dożyło tak ciekawych czasów - dobrze jest mieć z głowy tych paru kutasów.

PS 3. A z okazji nadchodzącego 2009 - wszystkim Twoim Czytelniczkom i Czytelnikom, Pisaczkom i Pisaczom, Skrytoczytaczkom i Skrytoczytaczom, partyjnym i bezpartyjnym, wierzącym i niewierzącym, oraz:

I górnikom, i hutnikom,
I murarzom, kolejarzom,
Krawcom, tkaczom i spawaczom,
Słodkowodnym, słonowodnym
Oraz tym motorowodnym
Szczęścia do grobowej deski

Życzy Janusz Zbierajewski :))

wróć na początek strony...




INNE SPOJRZENIE NA ROZPORZĄDZENIE
czyli wątpliwości dinozaura

Drogi Jerzy!

     O słynnym Rozporządzeniu (baczność!) - Pana Ministra - (spocznij!) w sprawie uprawiania żeglarstwa zapisano już parę ton papieru. A ja ostatnio natrafiłem na taką ciekawostkę:

     Zadzwonił do mnie Andrzej (nazwisko i miasto nieistotne) i wygłosił mniej więcej taki monolog: „Najpierw ci się przypomnę, bo przy twoim przerobie załogantów pewnie mnie nie kojarzysz. Byłem z tobą na rejsie... (tu pada nazwa dużego żaglowca, termin i trasa rejsu). Posiałem gdzieś opinię z rejsu, a teraz składam papiery na kapitana. Stażu mam trzydzieści razy za dużo, ale brakuje mi godzin na jachcie powyżej 24 m. Przyślę ci ksero mojej książeczki z wpisanym przez ciebie rejsem i formularz opinii. Mógłbyś mi taką opinie wypisać?” Andrzeja sobie przypomniałem, choć od rejsu nigdy się nie spotkaliśmy, ale też rejs był pamiętny. Dla mnie również. Przysłał obiecane papiery, wypełniłem co trzeba, odesłałem. Mam nadzieję, że Andrzej wkrótce otrzyma patent kapitana.

     Powiesz, drogi Jurku, że sprawa, jakich wiele. Załogant posiał papier, (zdarza się), poprosił o duplikat, dostał i po krzyku.

     Masz rację, sprawa jest banalna i nie opisywałbym jej, gdyby nie pewien drobiazg: Otóż ten rejs odbył się... 28 (nie, to nie pomyłka, słownie: dwadzieścia osiem) lat temu! Dokładnie w 1979 roku! Formalnie - wszystko jest w porządku. Andrzej był wtedy sternikiem jachtowym, czyli - wg panalipcowego rozporządzenia - staż się liczy.

     Nie pełnił żadnej funkcji, był szarym załogantem. Ale - wg rzeczonego rozporządzenia - to też nie ma żadnego znaczenia. Liczą się tylko dupogodziny na żaglowcu, a te odbył w dużym nadmiarze, bo rejs był przez Atlantyk.

     Zastanówmy się: co mężczyzna dobrze po pięćdziesiątce pamięta z tego, czego się nauczył (jeśli się w ogóle nauczył) w wieku studenckim, 28 lat temu, w czasie parotygodniowego rejsu?

     Zapewne nic, albo niewiele, jeśli nie liczyć wrażeń „turystycznych” utrwalonych na powszechnie wtedy stosowanych slajdach marki ORWO. To po co w takim razie (baczność!) - Pan Minister - (spocznij!) tak sformułował dyrdymały o stażu na żaglowcach?

     Albo rzecz traktujemy poważnie i wymagajmy, żeby to był (na przykład) staż na funkcji oficerskiej (no, przynajmniej starszego wachty) i to w ciągu ostatnich 2, 5 czy 7 lat, albo dajmy sobie spokój z tym żaglowcowym stażem. W końcu armator żaglowca i tak, zanim powierzy świeżo upieczonemu kojotowi dowództwo, zażąda odbycia takiego stażu, jaki sam uzna za stosowny. I ma do tego święte prawo właściciela!

Pozdrawiam

     Twój Dinozaur, zwany powszechnie Januszem Zbierajewskim

     PS. Ło matko! To wtedy był mój trzeci rejs przez Atlantyk! To ja naprawdę jestem taki stary???

wróć na początek strony...




GENERATOR REFERATÓW

Drogi Jerzy!

     Nie wiem, czy pamiętasz taki dowcip z czasów późnego Gomułki:

     Do Gomułki doszły słuchy, że klasa robotnicza narzeka, iż jego przemówienia są za długie. Wezwał więc sekretarza od pisania przemówień i nakazał kategorycznie, aby przemówienie na nadchodzącą akademię” kuczci” trwało nie dłużej, niż 15 minut.

     Tak jest - powiedział sekretarz. Przygotował przemówienie i przed wejściem Gomułki na trybunę wręczył mu plik kartek. Gomułka wszedł na mównicę i czytał przez godzinę. Połowa Sali Kongresowej dawno usnęła.

     Po zakończeniu akademii wściekły Gomułka opieprza sekretarza: Co jest, do cholery? Miało być 15 minut, a wyszła godzina!

     -No tak, towarzyszu Wiesławie - na to przerażony sekretarz - ale ja wam dałem oryginał i trzy kopie...

     Z referatami w ogóle jest pewien problem i pisanie ich - to katorżnicza praca. Cała sztuka przecież - to mówić tak, żeby przypadkiem niczego nie powiedzieć, a jednocześnie - żeby to ładnie brzmiało. A pisanie referatu programowego, który wytycza kierunki działania na przyszłość - o, to już wyższa szkoła jazdy!

     Ja tu (tzn. na wyspie Antigua, gdyby ktoś nie wiedział) przerabiam teraz kampanię wyborczą.

     Ponieważ wieść się rozeszła, że jestem „pisaty”, partia rządząca zwróciła się do mnie z prośbą o referat programowy. W ramach utrzymywania przyjacielskich stosunków z miejscową ludnością - napisałem. Ale potem przyszli przedstawiciele partii opozycyjnej z taką samą prośbą. Też im napisałem. Prawdę mówiąc - to był ten sam referat, tylko pozmieniałem kolejność akapitów. I teraz widzę, jak na kolejnych wiecach przedwyborczych przemawiają jedni, przemawiają drudzy i obie partie otrzymują rzęsiste brawa od swoich wyborców.

     O ile wiem, nadchodzi kolejny Sejmik PZŻ. Wyobrażam sobie katusze, jakie cierpią chłopaki przygotowujące referat programowy. Ja mam dobre serduszko. Sam wiesz, że już dwa razy (uzupełnienie Twojej locji i szopka noworoczna) odwaliłem robotę za Ciebie. Postanowiłem więc, że z rozpędu ułatwię zadanie moim PT Kolegom z PZŻ.

     Napisałem Uniwersalny Generator Referatów Programowych!

     (Na najbliższy i wszystkie Sejmiki w przyszłości)

 

     Koleżanki i Koledzy!

* A B C D
1 Intensywny rozwój żeglarstwa, zapoczątkowany z inicjatywy naszego Związku, oraz nowy, lepszy model działalności organizacyjnej pomaga w przygotowaniu i realizacji dalszego upowszechniania żeglarstwa.
2 Troska naszego aktywu, szczególnie zaś stały wzrost naszej aktywności pociąga za sobą proces wdrażania i unowocześniania modelu rozwoju szkolenia żeglarskiego.
3 Wieloletnie doświadczenie naszego związku, a także doskonalenie i dalszy rozwój naszych struktur pilnie wymaga sprecyzowania i określenia kierunków rozwoju Okręgowych Związków Żeglarskich.
4 Waga i znaczenie tych problemów są oczywiste, ponieważ zakres i miejsce szkolenia żeglarskiego umożliwia w większym stopniu tworzenie odpowiednich warunków aktywizacji klubów.
5 Nie zapominajmy jednak, że konsultacja z szerokim aktywem PZŻ na wszystkich szczeblach przedstawia ciekawą próbę wdrażania kolejnych, coraz wyższych stopni instruktorskich.
6 Z drugiej jednak strony - nasz sprawdzony system szkolenia stanowi bardzo interesujący przykład systemu nowych stopni żeglarskich.
7 Niepodważalny dotychczasowy sukces okręgowych związków żeglarskich, ścisła współpraca z Ministerstwem Sportu i Turystyki upoważnia Zarząd Główny PZŻ do kształtowania właściwych postaw szerokich rzesz żeglarzy.
8 Nasze założenie ideowe i programowe, a także federacyjna struktura naszego związku zmusza nas do ponownego przeanalizowania procesu szkolenia zarówno w kraju jak i zagranicą.
9 Praktyka dnia codziennego dowodzi, iż stały kontakt z urzędami morskimi pociaga za sobą proces nieustannego doskonalenia roli klubów w żeglarskim wychowaniu młodzieży.
10 Nie możemy jednak nie brać po uwagę, że docenianie wagi planowanych przedsięwzięć spełnia ważne zadanie we wdrażaniu kierowniczej roli naszego Związku w żeglarstwie polskim i światowym.

     Dziękuję za uwagę.

 

     Instrukcja obsługi generatora:

     Zaczynasz od zdania „Koleżanki i Koledzy”.

     Potem czytasz tekst z dowolnego okienka w kolumnie A, potem tekst z dowolnego okienka w kolumnie B, potem tekst z dowolnego okienka w kolumnie C i na koniec tekst z dowolnego okienka w kolumnie D.

     Ważna jest tylko kolejność kolumn: ABCD. Kolejność wierszy - nie ma żadnego znaczenia.

     Że co, że takie krótkie? Nie, kochany, to nie jest krótkie, to tylko zajmuje mało miejsca. To są 4 kolumny po 10 wierszy. Razem - 10 000 kombinacji. Ponieważ każde pełne zdanie składa się z czterech zdań „podrzędnych”, razem mamy - bez powtarzania się - 2500 zdań.

     Jak to wygląda czasowo? Zrób eksperyment: naciśnij stoper i przeczytaj, głośno, wyraźnie i dobitnie (robiąc przy tym zatroskaną minę) zdanie: A3, B7, C1, D8.

     No, czytaj, proszę, a po przeczytaniu zatrzymaj stoper:

     „Wieloletnie doświadczenie naszego związku, a także ścisła współpraca z Ministerstwem Sportu i Turystyki, pomaga w przygotowaniu i realizacji procesu szkolenia zarówno w kraju jak i zagranicą.” Stop!

     Wyszło ci prawie 15 sekund. Oznacza to, że w ciągu minuty wygłosisz cztery takie zdania. Teraz rachunek jest już prosty: 2500 zdań dzielisz przez 4, a potem przez 60. Jak by nie liczyć - wychodzi ponad 10 godzin przemówienia!!!

     Powtarzam: Bez powtarzania się!!!

     Zakończyć referat można w dowolnym momencie, pamiętając jednakże, aby powiedzieć zdanie końcowe „Dziękuję za uwagę”. Nawet, jeżeli już wszyscy słuchacze usnęli.

     Zwróć łaskawie uwagę, że tą samą, niepozorną kartką papieru może się posłużyć najpierw Prezes, wygłaszając referat sprawozdawczy, potem ktoś w imieniu Zarządu, wygłaszając referat programowy, a na koniec wszyscy kolejni kandydaci na stanowisko Prezesa, wygłaszając swoje programy wyborcze. Wystarczy po prostu kartkę z Generatorem przykleić (najlepiej na butapren) do mównicy.

Pozdrawiam Cię serdecznie, a moim PT Kolegom Delegatom na Sejmik życzę owocnych obrad i wznoszę za Ich zdrowie toast.
Jak to ostatnio mam w zwyczaju - drynkiem z palemką;-))

     Janusz Zbierajewski

wróć na początek strony...




JESZCZE O ZAGROŻENIACH

Drogi Jerzy!

     Zamieść ten tekst, proszę, jak najszybciej, bo jeśli odczekasz z tym do 1 kwietnia, to znowu wszyscy pomyślą, że to są kolejne primaaprilisowe jaja Zbieraja, bo nikt mnie, cholera, nie traktuje poważnie. A przecież ja zawsze piszę prawdę! A że ta prawda jest śmieszna - to już naprawdę nie moja wina...

     I tym razem ja całkiem serio:

     Zamieściłeś tekst Mariusz Główki „Jeszcze o zagrożeniach”. I natychmiast pojawiły się komentarze (nawet dyrektor Rekść się wypowiedział!) głoszące, że żeglarstwo jest w sumie bezpieczniejsze, niż PT Waadza myśli.

     Otóż jesteście obrzydliwymi egoistami, którzy dbają tylko o swój zakichany żeglarski interes. A spojrzeć szerzej, z troską o całe społeczeństwo, to nie łaska? Mnie nie zadowoliła wybiórcza statystyka Mariusza. Siadłem, jak to ostatnio zwykle, pod palmą, odpiłem dwa drynki z palemką i przeanalizowałem dokładnie statystykę utonięć opublikowaną przez (Baczność!) Komendę Główną Policji (Spocznij!).

     Jeśli ktoś nie wierzy - niech sprawdzi: www.policja.pl zakładka Statystyka, zakładka Utonięcia. A, zresztą! Ułatwię Wam zadanie: http://www.policja.pl/portal.php?serwis=pol&dzial=4&id=328&poz=1 Wypadnięcia za burtę - to drobiazg. Bardziej niebezpiecznym od jachtu wynalazkiem ludzkości jest studnia.

     Otóż statystyka za ostatnie 10 lat jest taka:

 

Rok Utonięcie z powodu
wypadnięcia za burtę
Utonięcie z powodu
wpadnięcia do studni
2008 6 10
2007 5 7
2006 18 4
2005 16 9
2004 8 9
2003 9 7
2002 18 12
2001 10 11
2000 9 22
1999 10 19
Razem 109 110

 

     Dane policyjne są niepodważalne. Wniosek:

     Używanie studni jest bardziej niebezpieczne od uprawiania żeglarstwa!

     I co na to Pan Minister Rolnictwa? Już mam zarys odpowiedniego Rozporządzenia:

1. Studnie ogrodzić!
2. Wprowadzić następujące patenty upoważniające do używania studni (szkolenie i egzamin obowiązkowe):
     a. Młodszy Użytkownik Studni (w skrócie MUS) - ma prawo obsługiwać wiadro na sznurku.
     b. Zaawansowany Użytkownik Studni ( w skrócie ZUS) - ma prawo używania tzw. kulki, czyli drąga z zakręconym hakiem.
     c. Starszy Użytkownik Studni (w skrócie SUS) - ma prawo obsługiwać kołowrót.
     d. Całkiem Habilitowany Użytkownik Jakichkolwiek Alternatywnych Studni (no, może w tym przypadku nie będziemy posługiwać się skrótem) - ma prawo obsługiwać bez ograniczeń wszelkie urządzenia okołostudzienne łącznie z żurawiem.

     Do tego należy powołać jakąś organizację, najlepiej społeczną i powierzyć jej zadania w imieniu administracji państwowej. Mogłaby się ona nazywać:

     Wspaniała Rada Zatwierdzająca Uprawnienia Dawane Na Absolutnie Dowolne Urządzenia Praktyczno-Studzienno-Kołowrotowo-Uciągowe.

     Skrót jest wprawdzie nieortograficzny, ale w skrótach ortografia nie obowiązuje.

 

     Odkryłem na stronach KGP coś jeszcze gorszego:

     Otóż w ciągu ostatniej dekady utonęło 21 osób na torfowiskach. Panie Ministrze - ogrodzić!

     48 osób utonęło w basenach przeciwpożarowych! Zasypać! Straż Pożarna i tak sobie poradzi.

     A w rowach melioracyjnych i przydrożnych utonęły 192 osoby!!! Albo zasypać, albo ogrodzić!

     Chociaż - bo ja wiem? Podobno nadciąga kryzys.

     Chyba najtaniej wyjdzie wydanie nowego rozporządzenia, w którym będą tylko dwa paragrafy:

1. Utopienie się jest zabronione!
2. Osoba nie przestrzegająca przepisu zawartego w par. 1 podlega karze pozbawienia wolności do lat 5.

Pozdrawiam Cię serdecznie.
Jak zwykle zatroskany o całe Społeczeństwo

     Janusz Zbierajewski

wróć na początek strony...




BATALIA O „KORSARZA”

Drogi Jerzy!

     Nie ukrywam, że zaskoczyłeś mnie kategorycznym żądaniem, żebym to właśnie ja podsumował dyskusję, jaka się zaczęła po opublikowaniu na Twoich „łamach” wyników poszukiwań Ryszarda Pluteckiego. Takie podsumowanie – to coś pomiędzy usiłowaniem samobójstwa, rzucaniem grochem o ścianę a pracą Syzyfa.

     Ryszard Plutecki popełnił błąd już na wejściu. Myślał zapewne, że jak przejrzy źródła historyczne – odkryje „prawdziwą historię regat, kapitana i pucharu”. (Wymaga to – rzecz jasna - przyjęcia założenia, że dotychczasowa, powszechnie znana wersja zdarzeń jest nieprawdziwa). W rzeczywistości zaś podjął walkę z legendą, a ta nigdy nie kończy się sukcesem.

     Kilka przykładów z różnych szuflad:
Julian Ordon
– Sugestywny wiersz Mickiewicza spowodował, że cały naród wie, iż Ordon, w powstaniu listopadowym, wysadził redutę (i siebie) na warszawskiej Woli. A prawda jest inna: Ordon wcale nie zginął. Żył jeszcze długo w Dreźnie, Szkocji, Paryżu, potem wyjechał do Włoch i walczył w oddziałach Garibaldiego. Zmarł śmiercią samobójczą we Florencji niemal 40 lat po „śmierci” na Woli. Po sprowadzeniu zwłok skremowano je. Grób Ordona jest na cmentarzu Łyczakowskim we Lwowie, obok grobów Konopnickiej, Zapolskiej, Grottgera. Ale w narodzie dalej powszechna jest świadomość, że Ordon – na reducie.
Józef Piłsudski – przykład dobrego katolika. Słyszałem nawet kiedyś w radio, jak jeden z biskupów wychwalał jego głęboką religijność. Tymczasem Piłsudski był indyferentny religijnie i dwa razy zmieniał wyznanie. Kiedy Watykan nie zgodził się na jego ślub z nie-katoliczką i w dodatku rozwódką, bez wahania zmienił wyznanie na ewangelicko-augsburskie.
Ale w powszechnym przekonaniu – wzorowy katolik.
Stajnia na „Pogorii” – W 1980 roku władza odczuwała silne zapotrzebowanie na dopieprzenie komuś z ówczesnego establishmentu. Idealnym kandydatem był ówczesny prezes Radiokomitetu, Maciej Szczepański. „Solidarność” na Woronicza machnęła gazetkę ścienną, na której wywieszono tekst, że ten wredny prezes, za pieniądze Radiokomitetu (czytaj – nasze) zbudował sobie luksusowy jacht z marmurami, basenem i stajnią dla konia. Następnego dnia te pierdoły przedrukowała „Trybuna Ludu”. Nawiasem mówiąc, był to chyba jedyny przypadek, kiedy „Trybuna” pisała to samo, co „Solidarność”, he, he, he.
No i naród uwierzył. W całości! Tyle, że jedni powoływali się na autorytet „Solidarności” a inni na autorytet „Trybuny”. A ja, naiwny, zmieniając załogi z Bractwa Żelaznej Szekli, usiłowałem co tydzień przekonać na Skwerze Kościuszki tłum paru tysięcy turystów, że tu nijakiej stajni nie było i nie ma. Naród wiedział swoje. Przecież „Solidarność” (albo „Trybuna”) wie lepiej niż jakiś tam kapitan „Pogorii”. A kiedy w Kołobrzegu, na uroczystości 20-lecia „Zawiszy” namówiłem fotografa wczasowego, żeby wprowadził na pokład „Pogorii” kucyka, a ja – przebrany za kapitana – udzieliłem wywiadu Telewizji Gdańskiej (karmiłem konika kostkami cukru klęcząc, bo kucyk był „sitting dog size”), tzw. szeroka publiczność z tym większym przekonaniem twierdziła, że na „Pogorii” jest koń, bo przecież telewizja go pokazywała. Zygmunt Choreń, który też bezskutecznie walczył ze stajnią, chciał mi podobno zrobić kęsim za ten głupi dowcip.
I mojżeszowskie 40 lat nic tu nie pomoże. Kolejne pokolenia będą sobie przekazywać sensacyjną wiadomość, że kiedyś na „Pogorii” była stajnia. I koń!

     To są wszystko rzeczy do sprawdzenia. Są jednak i takie, które chyba nigdy nie będą wyjaśnione. Na przykład śmierć Władysława III. Powszechnie wiadomo, że zginął w obronie wiary chrześcijańskiej pod Warną. To co robi jego grobowiec w Madalena do Mar na Maderze?

     A dzisiejsze badania historyczne? Trzeba je robić tak, żeby na końcu wyszła sensacja. Jeśli wnioski nie zgadzają się z faktami – tym gorzej dla faktów! Kilkanaście lat temu, wracając z Gdyni słuchałem w samochodzie radia. Dwójka nawiedzonych dziennikarzy śledczych (w tym ta, która zachwyciła prezydenta czerwonym strojem) podekscytowanymi głosami oznajmiła światu swoje odkrycie. Odkryli oni mianowicie, że w rejsie „Zawiszy” dookoła świata niejaki Wachowski (z zawodu kapciowy) nagle wysiadł w Singapurze, a po trzech miesiącach niespodziewanie wsiadł w Nachodce. Wniosek dziennikarzy był oczywisty: Wachowski to agent! Ja wiedziałem, dlaczego Wachowski to wsiadał, to wysiadał, ale mnie nikt nie pytał. Bo i po co? A nuż okazałoby się, że nie ma w tym żadnej sensacji. Tylko czy udałoby się wtedy wydać książkę „Kim pan jest, panie Wachowski?”

     Wróćmy jednak do naszych baranów. Ryszard przyjął metodę badawczą, która nazywa się „Może ktoś coś wie, może jak poszperam tu i ówdzie, to coś znajdę”. W rezultacie odkrył to, co wiedzą wszyscy: Regaty były, Prechitko wygrał, Kronenkompass dostał. No i – zgodnie z obecnym „tryndem” – wyciągnął wniosek: ”Jeden wielki mit - czyli jedna wielka bzdura.”
Znaczy – no, Prechitko wygrał. I na tym koniec!

     A co można było osiągnąć przy takiej metodzie badawczej i takim wnioskowaniu?
Argument, że Robert Hoffman jest niewiarygodny, z powodu skoligacenia z Prechitką jest - delikatnie mówiąc – zabawny.
Niewiarygodni są również dla niego Piotr Mroczek i Rafał Krause – bo to koledzy z klubu.
Jeśli traktować takie argumenty serio – to ja jestem niewiarygodny, kiedy piszę coś o „Zawiszy Czarnym”. Otóż przodek mojej nieżyjącej już Żony (panieńskie nazwisko Tuliszka), Janusz Tuliszka z Tuliszkowa, herbu Dryja, kasztelan kaliski, peregrynował z Zawiszą Czarnym na sobór w Konstancji. Zawisza był specjalnym wysłannikiem króla, a Tuliszka – jego zastępcą. Potem razem z Zawiszą walczył pod Grunwaldem i za zasługi Jagiełło mianował go starostą gdańskim. Fakt, że było to ponad 600 lat temu – nie ma znaczenia. Wniosek a la Plutecki: Zbierajewski jest skoligacony z kumplem Zawiszy Czarnego, ergo – jak coś pisze o „Zawiszy Czarnym” – jest niewiarygodny.

     Poza tym – zgodnie z zasadą polskiego kotła w piekle – jeśli ktoś czegoś dokonał, trzeba to zdezawuować. Mówiąc kolokwialnie – dokopać mu!
Kiedy Henio Jaskuła opłynął samotnie świat, byli tacy, którzy usiłowali udowodnić, że niczego nie opłynął. Pokręcił się jakiś czas za Kanarami, a potem wrócił.
Kiedy jedna pani opłynęła świat – inna pani robiła wszystko, żeby udowodnić, że to było inaczej.
Kiedy portal ”myzeglarze” zapowiedział wywiad ze mną na temat „Zobaczyć morze”, jakaś anonimowa panienka twierdziła, że to lipa, bo ona słyszała (!), że rejsy z niewidomymi organizuje ktoś inny, a nie Zbierajewski.

     W sumie – Podziwiam Ryszarda Pluteckiego za to, że włożył w to ogromną pracę. Nie, nie powiem, że wykonał kawał ciężkiej, solidnej i nikomu niepotrzebnej roboty. Ta robota była potrzebna i to z kilku powodów:
Po pierwsze – wywołała ogromne, niespotykane dotąd (przynajmniej w witrynie Kulińskiego) zainteresowanie historią żeglarstwa.
Po drugie - poszerzyła naszą wiedzę o „Korsarzu”, regatach, Prechitce i zasłużonym dla polskiego żeglarstwa PKM-ie.
Po trzecie – pozwoliła na dotarcie do kilku nieznanych wcześniej dokumentów (chociażby do wyników regat opublikowanych przez Niemców – patrz link przysłany przez Basię Sontowską). Ryszardzie, jeśli jeszcze nie masz dosyć i krytyka PT Kolegów (w tym i moja) jeszcze Cię nie zdołowała - szukaj dalej!
Tylko rób to mając na względzie zakończenie noweli Konopnickiej „Jak to ze lnem było”:

     „Kazałeś go topić? Dobrześ uczynił, bo jego łodyżki w wodzie odmięknąć muszą. Kazałeś go z wody precz cisnąć? Dobrześ uczynił, bo go trzeba suszyć. Po moknięciu owym kazałeś go kijami z paździerzy obić? Dobrześ uczynił, bo tę złą paździerz obić trzeba z łodygi, żeby ją uprawić. Kazałeś je zaś powtórnie kijami obijać? I toś dobrze uczynił, bo do trzeciej skóry len obić trzeba i kijem go wyłamać, żeby do włókna się dostać. Kazałeś mnie do lochu wrzucić? I toś dobrze uczynił, bo mnie tam żywiła dobra dziewczyna, którą-m oto nauczył, jak się włókno lniane przędzie i na płótno tka. A toś tylko źle uczynił, żeś to wszystko robił w gniewie i nie z wyrozumienia, ale z zapalczywości.”

     W swoich poszukiwaniach już natrafiłeś i zapewne natrafisz w przyszłości na wiele „paździerzy”. Obijaj je, obijaj i jeszcze raz obijaj, bo paździerzy ci u nas dostatek.
Ale „już dość narzekań i gderań”, jak mówiła pieśń masowa. Czas na prawdziwą recenzję! Śpiewaną!
Czy znasz, Drogi Jurku szantę „Whiskey in the jar”? Prawdę mówiąc – nie jest to żadna szanta, tylko irlandzka pieśń biesiadno-pijacka. Ot, taki irlandzki „Bal na Gnojnej”, ale od kiedy Andrzej Mendygrał napisał polskie słowa „Siedzieliśmy pod jodłą i dobrze nam się wiodło”, ta mendygrałka u nas uchodzi za szantę.
Jest to utwór popularny na świecie i wykonywany w różnych wersjach. „Metallica” zrobiła z tego niemal hard rock, Thin Lizzy – powolną, liryczną balladę. Ja zaś wolę wersję klasyczną, w wykonaniu „The Dubliners”. Posłuchaj:
http://www.youtube.com/watch?v=46EXY4oP1Do&feature=related

     Złapałeś melodię i rytm? No to – rebiata, pajechali!

     BALLADA O „KORSARZU”

Był „Korsarz”, łódka mała, co dzielnie się spisała,
Regaty słynne Zoppot-Kiel bez trudu raz wygrała.
Zwycięzcą Tadek został, bo konkurentom sprostał,
W nagrodę piękny puchar, zwany „Kronenkompass” dostał.

     Więc trzeba dać mu w dziób, co myśli sobie...
     Niech pływa tylko Zoppot-Hel i kajak ma za łódź!

Nie bity Tadek w ciemię, wiec puchar w PKM-ie
Zostawił, by żeglarskie miało co oglądać plemię.
I wszyscy oglądali, i puchar podziwiali,
W „Danziger Neue Presse” jednak nic nie napisali.

     Więc trzeba dać im w dziób, co myślą sobie...
     Masz puchar? No to telewizję i gazety sproś!

Lecz ktoś się widać nie bał i puchar im za..kosił.
Może to zwykły menel był, a może jakiś pedał.
Z innego ktoś tam jachtu, a może ktoś z Wehrmachtu.
Nie pilnowany puchar był, więc nikt nie krzyknął „Achtung!”

     Więc trzeba dać im w dziób, co myślą sobie...
     Bo teraz, panie, dokumentu i pucharu brak!

Już mnóstwo lat minęło, od czasu, kiedy wcięło
Ten Kronenkompas, no i wreszcie coś się dziać zaczęło.
- Zbyt długo było cicho - powiedział pewien Rycho.
Nie można też wykluczyć, że on wypił coś, z zagrychą...

     Więc trzeba dać mu w dziób, co myśli sobie..
     Niech pije, ale później nie zawraca głowy nam!

Tak więc rzeczony Rysiek powiedział „Zdaje mi się,
Żem Neostrady dziecię, więc sprawdziłem w Internecie,
A tam pucharu nie ma, więc wszystko to jest ściema.
Czyli te wieści o pucharze - to pieprzenie nie na temat”.

     Więc trzeba dać mu w dziób, co myśli sobie...
     Bo czasem nie ma w Internecie - a w realu jest!

Nie bacząc na wakacje, rozpoczął Rysiek akcję.
Poprosił wiele osób: „Proszę, spiszcie swe relacje”.
Urbaniak go olała, Murawska dała ciała,
Sontowska link do źródeł wnet na tacy mu podała.

     Więc trzeba dać jej w dziób, co myśli sobie...
     Niech siedzi cicho, niech nie daje żadnych linków nam!

A Robert Hoffman rzecze: - „Opanuj się, człowiecze!
Do historycznych badań bardzo kiepskie masz zaplecze.
Z rozumem żeś się rozstał? Wszak „Korsarz” puchar dostał!
Więc daj se siana i od rana nie rób ze mnie osła!”

     Więc trzeba dać mu w dziób, co myśli sobie...
     Nie będzie krytykował nas ten wredny Robert H.!

Zaś Ryszard mówi: „Hola! Nie róbmy tu przedszkola!
Ten Hoffman to jest blagier, to Prechitki zięć czy szwagier,
Nażarty czy też głodny, jest on niewiarygodny.
Więc siana sobie damy i Hoffmana już skreślamy.”

     Więc trzeba dać mu w dziób, co myśli sobie...
     Bo te badania zrobił, niczym sławny IPN!

--------------------------------------------

Jak myślisz, Jurku, czy już wszyscy się na mnie obrazili?
Sam tego chciałeś!

Pozdrawiam

     Janusz Zbierajewski

wróć na początek strony...




500.000 TYS. MIL

Drogi Jerzy!

     Mój dość mało służalczy (delikatnie mówiąc) stosunek do władz wszelakich jest Ci doskonale znany i nawet zastanawiam się, czy na nagrobku, który - mimo Twoich życzeń - jednak mnie czeka, nie zamówić sobie epitafium zaczerpniętego z Waldorffa:
Tu leży ciało świni
Która miała władzę w mini-
malnym poważaniu.
Leż draniu!

     Muszę jednak, kierując się arystotelesowską zasadą Amicus Plato, sed magis amica veritas, dokonać sprostowania. Otóż Martelkoszamanowskie PT Autorstwo walnęło byka z powodu niedoinformowania.
--------------------------------------------

     A było to tak:

     W poprzedni weekend szlajałem się po Zatoce na Zawiszy, wożąc niepełnosprawne dzieciaki ze szkoły nr 44 w Gdańsku, którymi opiekuje się również Gdańska Fundacja Terapii i Rozwoju. Był to już drugi taki rejs, bo pierwszy zorganizowałem dwa lata temu. Potrzebowałem do tego paru osób do obsługi statku, bo przecież dzieciaki na wózkach trapu mi nie zdejmą, cum nie wybiorą, żagli nie postawią. Rzuciłem na forum żegluj.net hasło w stylu : Pomożecie, towarzysze? I popatrz, co się działo:
http://forum.zegluj.net/viewtopic.php?f=43&t=15401
Jeszcze trochę i zabrakło by miejsc dla głównych bohaterów, czyli dzieciaków. Musiałem zrobić casting.
To miło, że mogę ciągle jeszcze otaczać się ludźmi, którym nie wszystko wisi i którzy używają tej bardziej pofałdowanej części kory mózgowej.
Kiedy skończyłem imprezę w niedzielne popołudnie i zbierałem się (no, przy mojej ksywie łatwo mi to przychodzi) do wyjazdu, co by się ponapawać siedzeniem w domu, dorwał mnie Jego Fluorescencja Druh Komendant Maracewicz (ksywa Marabut) i namówił, żeby jeszcze przez tydzień wozić kolejne dzieciaki, bo Prezes POZŻ Bogusław Witkowski wymyślił taką imprezę z okazji Dni Morza:
http://www.swietomorza.eu/index.php/8-aktualnosci/21-setki-na-morze

     Wot, znaczit, Wania namolnik. Prosił, prosił i doprosił. No to woziłem! Od poniedziałku do piątku, według zasady: dzień bez czterech wyjść i wejść do portu Gdynia - dniem straconym. A w czwartek przyszedł Jego Wysokość Prezes i zaczęliśmy gadać na różne tematy marynistyczne, z tematem panny Maryni włącznie (a może przede wszystkim). Ponieważ coś się zgadało o stażach żeglarskich według nowych przepisów, prezes zapytał nagle: A właściwie jaki ty masz staż?

- Widzisz - odpowiedziałem - będąc młodą lekarką...eee... znaczy młodym żeglarzem, jak każdy nuworysz pracowicie zliczałem mile, godziny, porty i inne takie duperele. Ułatwiały mi to ówczesne przepisy, które nakazywały wypełniać książeczki, wypisywać karty rejsu itp. Kiedy wylądowałem w 1981 r. na „Pogorii” i woziłem w tygodniowych rejsach małolatów z Bractwa Żelaznej Szekli, w ciągu jednego sezonu zapisałem dwie książeczki żeglarskie i postanowiłem oszczędzać lasy. No more książeczka!

     Mile zapisywałem jeszcze jakiś czas, ale po przekroczeniu 200 tysięcy też machnąłem ręką.
I tylko rozśmieszają mnie życiorysowe zapisy w Wikipedii niektórych (bardzo skromnych - jak o sobie piszą) Wybitnych Kolegów, piszących o sobie:
Jako jedyny Polak przepłynął ponad 120 tys. mil pod żaglami na wszystkich oceanach.

     He, he, 120 tysięcy mil to ja przepłynąłem w okolicach Poronina, w okresie plejstocenu, kiedy skończyło się zlodowacenie.

- No ale ile masz za sobą tych mil? - koniecznie chciał wiedzieć prezes.

- Hm, gdyby tak wziąć lata pływania, pomnożyć przez średnią liczbę miesięcy na morzu, potem pomnożyć przed 30 dni, potem przez 24 godziny, potem przez jakąś średnią prędkość, to wychodzi gdzieś tak koło pół melona. Może to jest 480 tysięcy, ale równie dobrze może być i 530.

- A możemy przyjąć, że jest równo?

- Ależ Bogusiu, prezesie kochany, ja ci nie wróg, a jaja Zbieraja to moja specjalność. Właśnie sobie przypomniałem, że półmilionową milę przepłynę jutro o 16.37.

     W tym momencie podszedł do nas druh komendant.

- Tomek, jutro po ostatnim rejsie robimy imprezę Pół Bańki Zbieraja. - orzekł prezes tonem nie znoszącym sprzeciwu.

- Kurczę blade - zmartwiła się Jego Fluorescencja - a ja muszę właśnie jutro jechać do Warszawy. Taka impreza mnie ominie! Trudno, róbcie, a ja pchnę Zbierajowi okolicznościową telegramę.

     Niestety, nazajutrz pojawiły się tzw. obiektywne trudności. Nasza nieustraszona Marynarka Wojenna, z okazji Dni Morza, zaczęła demonstrować potęgę Najjaśniejszej na morzu. Przy brzegu w szyku torowym, podróżowały wte i wewte wszystkie trzy okręty wojenne. No, może trochę przesadziłem. Było ich chyba 5 albo i 6. Przy Skwerze Kościuszki stała Stena. Z góry śmigłowce odbierały chorych i dostarczały psychologów, z dołu Formoza odbijała zakładników z rąk terrorystów, na skwerze orkiestra robiła umpa umpa.

     Wejście południowe zostało zamknięte. Z przedostatniego rejsu wróciłem już wejściem głównym, za łaskawym zezwoleniem Kapitanatu, ale ponieważ stałe miejsce „Zawiszy” było już zajęte przez takie większe jachty, które strzelają, więc musiałem zacumować przy Nabrzeżu Kutrowym. I na tym się moja parodniowa włóczęga zatokowa skończyła. Rejs ostatni (ten z jubileuszowa milą) został odwołany.

     Ustaliliśmy z prezesem Witkowskim i komendantem Maracewiczem, że uroczystość Pół Bańki Zbieraja odbędzie się przy okazji najbliższego spotkania w jednym miejscu i czasie (jak w tragedii greckiej, nieprawdaż?) trzech elementów: Gdyni, Zawiasa i Zbieraja, co nastąpi po „Tolszipach” i „Zobaczyć Morze”, czyli na początku września.

     Jak więc widzisz, Drogi Jerzy, wynikające z niedoinformowania określenie „Martelkoszamanowe”: zabrakło w tym momencie na pokładzie przedstawicieli OZŻ czy CWM, choć o uroczystości byli poinformowani... jest nie całkiem prawdziwe.

     Nie tylko byli poinformowani, ale więcej: oni to wymyśli.
Swoją drogą - prezes, który ma pomysły, inicjatywę, potrafi coś zainicjować i zorganizować? Toż to jak facet z opowiadania Kryłowa, który pierwszy raz poszedł do zoo, zobaczył żyrafę i stwierdził: Niemożliwe! Takie zwierzę nie istnieje! Oj, Boguś, ty długo nie pociągniesz...;-)))

     I jeszcze komentarz do zdjęcia nadesłanego przez El-Szamana i Martelka:
Fotka ta ukazała się wczoraj na forum zegluj.net i oczywiście zaczęły się uwagi typu Zbieraj przygnieciony takim słodkim ciężarem, Zbieraj sporo ma na głowie itp.

     Otóż ten słodki ciężar (ściśle biorąc, powinienem napisać słodkie ciężary) który na zdjęciu podpieram własną łysiną jest własnością Moniki, ksywa Sokole Oko, niewidomej, wspaniałej dziewczyny, pogodnej, wesołej, zawsze uśmiechniętej i całkowicie samodzielnej. Pływała ze mną chyba cztery razy na Zawiszy i raz na „Borchardzie”, pływała na „Pogorii”, „Darze Młodzieży”.

     W opisanych wyżej rejsach zatokowych była wolontariuszką do obsługi statku. Miała popłynąć (i już popłynęła) na Zawiasie do Arhus, więc przyjechała wcześniej, popływać po Zatoce.
Rejsy zatokowe były z dziećmi i młodzieżą, ale jeden był inny. Z Klubem Dżentelmena. Wyszliśmy poza główki wejścia południowego. Załoga przygotowuje żagle do postawienia. Stoję w tylnej części spardeku z czterema dżentelmenami - jak mawia klasyk - średnio-starszego pokolenia. Parę metrów przed nami cztery osoby (chłopak i trzy dziewczyny) przygotowują bezansztaksla. Zdjęcie krawatów, poluzowanie szkentli, odknagowanie fału i kontrafału. Normalka. Standard. Wszyscy stoją do nas tyłem.
- Panowie - mówię - zagadka: wśród tej czwórki jest jedna osoba całkowicie niewidoma. Która?
Zapadła cisza. Załoga robi swoje, dżentelmeni patrzą i....nic.
Po dobrych 2 - 3 minutach Monika się odwróciła i dopiero wtedy patrzący się zorientowali, że to są oczy, które nie widzą.

     A o Monice, pewnym kapitanie i pewnej Bardzo Ważnej i Zasłużonej Organizacji Społecznej to jeszcze napiszę.
Oj, będzie się działo!!!

     I to nie będą jaja Zbieraja.
Będzie śmiertelnie poważnie!

Pozdrawiam Cię serdecznie.

     Janusz Zbierajewski

wróć na początek strony...




ANEGDOTY RÓŻNE

CIOTKA MARCINIAKOWEJ

     W czasach średniego Gierka oddano do użytku nową fabrykę. Pod klucz. Fabryka ruszyła i... 30 procent planu. Jedna narada dyrekcji i aktywu społeczno-politycznego, druga... Żadnych wniosków.

     Zaproszono z Warszawy specjalistów od naukowej organizacji pracy, ergonomii i innych mądrości. Profesory i docenty obejrzały co trzeba i orzekły: Towarzysze, sprawa jest jasna. Popatrzcie na halę obróbki skrawaniem. Jedna ściana jest całkowicie przeszklona i jest to ściana południowa. 500 obrabiarek usytuowano tak, że robotnik jest oślepiany przez słońce i nie bardzo widzi te wajchy, którymi ma operować. Trzeba przestawić obrabiarki. Zamknięto fabrykę na dwa miesiące, odkopano obrabiarki z fundamentów, przekręcono o 180 stopni, zabetonowano.

     Fabryka ruszyła i... 30 procent planu.

     Jeszcze raz zaproszono specjalistów. No jasne - orzekli spece - przesadziliśmy. Teraz cień robotnika pada na pulpit maszyny i on dalej nic nie widzi. Trzeba - wicie, rozumicie - tak 90 stopni do okien, żeby światło z lewej strony.... itd. Zatrzymano fabrykę, odkopano obrabiarki, przekręcono, zabetonowano.

     Fabryka ruszyła i.... 30 procent planu.

     Znów narada ze specjalistami. Druga w nocy, w świetlicy zakładowej czarno od dymu z papierosów. Żadnych wniosków.

     W pewnym momencie odzywa się woźna, która podawała herbatę i kawę:

- Panie dyrektorze, czy ja mogę coś powiedzieć?
- Mówcie, Marciniakowa, śmiało.
- Bo jak ja tak patrzę, jak panowie się męczą, to mi się przypomniało, że przed wojną moja ciocia miała burdel...
- Słuchajcie, Marciniakowa, tu jest socjalistyczne przedsiębiorstwo, co wy mi tu wyjeżdżacie z kapitalistycznym burdelem waszej ciotki?
- No tak, panie dyrektorze, ale jak u mojej cioci plan leżał i obroty spadały, to ciocia nie przestawiała mebli, tylko wywalała na zbity pysk wszystkie stare k...y. i przyjmowała nowy, fachowy personel.

wróć na początek strony...




SWOJE ZDANIE

     W czasach słusznie minionych dziennikarz przeprowadza wywiad z przedstawicielem przodującej klasy robotniczej:

- Ci sądzicie o tym i o tym...?
- No, jak powiedział towarzysz Gomułka .... to, to i tamto
- A co sądzicie o tamtym i tamtym....?
- Jak powiedział towarzysz Kliszko....
- A co sądzicie o owym i owym...?
- Jak powiedział towarzysz Moczar....
- Chwali wam się, towarzyszu, że tak dobrze znacie wypowiedzi naszych przywódców, ale powiedzcie coś od siebie. Co, swojego zdania nie macie?
- Swoje zdanie mam. Ale się z nim absolutnie nie zgadzam!

wróć na początek strony...




FACHOWCY

     O, O, gupia Malyna, gupia Malyna... chciała mieć płytki - zaprosiła „fachowca”.

     Przestroga:

     Przez kołchoz przepływała rzeczka, na rzeczce był bród. Wszyscy jeździli przez bród i było dobrze.

     Aliści w Moskwie zapadła decyzja o budowie mostu w kołchozie. Most zbudowano, nastąpiło uroczyste przecięcie wstęgi i delegacja z Rajkomu się rozeszła. Drogą jedzie samochód ciężarowy, wjeżdża na most, most się wali i samochód wpieprza się do rzeki. Obok, na brzegu, siedzi pastuch kołchozowy, pilnujący pasących się krów. Popatrzył na to wszystko ze stoickim spokojem i powiada: „Wot, durak! Most widit i jediet!”

wróć na początek strony...




ROBIŁEM ZA PASAŻERA NA „ZAWIASIE”

     Wróciłem ci ja „Zawiasem” z Wielgiego Muerza i co ja czytam:

Sugerujesz, że COŚ JESZCZE można sp...lić w polskim żeglarstwie morskim?
Jacek Kijewski

     O naiwny Święty Jacku z pierogami!
     Ależ oczywiście da się jeszcze sp... sporo rzeczy! Jak nie przepisem - to interpretacją tego przepisu!

     Wychodzę Ci ja „Zawiasem” w minioną sobotę do Karlskrony. Zaprosiłem dzielnych przedstawicieli władzy, która pilnuje naszych granic. Władza przyszła w składzie trzyosobowym: Baba - sztuk 1 i chłopy - sztuk 2, w tym jeden szef. Szef rzucił okiem na listę załogi i dokumenty i - z bezbrzeżnym smutkiem w oczach stwierdził, że ja oraz mój były małolat, a od stycznia pełnolat Piotrek, (ksywa „Młody Zbieraj”) nie możemy przekroczyć granicy morskiej RP, bo mamy dowody osobiste, a przepis mówi, że członek załogi może płynąć wyłącznie na paszport, albo zawodową książeczkę żeglarską (seamans book). Co innego pasażer. Ten może!

     - To znaczy - mówię, jak my tu z Piotrkiem będziemy pasażerami - to nas pan wypuści? - pytam.
     - Oczywiście - powiada Wadza. - Jako pasażerów - tak!
     - Adin momient, bitte, pliz - powiedziałem w językach zagranicznych - ja to zaraz załatwię.

     Poszłem byłem do nawigacyjnej, wsadziłem dyskietkę z listą załogi do komputra i metodą znaną niektórym piszącym w tej grupie, czyli ctrl+C i ctrl+V wyrzuciłem siebie i Piotrka z góry, przenosząc na sam dół listy. Magdzie Jabłonowskiej wybiłem z głowy, (pardon, z listy) że będzie oficerem i mianowałem ją kapitanem, siebie zdegradowałem do stopnia „pasażer”, Piotrka też.

     Po trzech minutach przyniesłem bumagę do mesy, gdzie siedziała Wadza graniczna.
     - Tera bedzie? - zapytałem rzeczowo, rzucając niedbale listę na stół.
     - No tak, teraz jest dobrze - odpowiedziała Wadza i odprawiła nas urzędowo.

     Szef na koniec bardzo serdecznie mi podziękował za sprawne rozwiązanie trudnego problemu. Wadza wyszła z jachtu, a ja z portu. Oświadczyłem załodze, że ma sobie radzić sama, a mnie może pocałować w... wysokie czoło, bo ja, jako pasażer, kładę się w koi na dowolnie wybranym boku i proszę, aby stewardessa, może być nawet ruda, przynosiła mi kawkę do wyra, bo nie będę się wysilał łażeniem do mesy. To męczy!

     Jak widzisz, dear Jacku, jest jeszcze parę rzeczy do sp... Natomiast zaletą przeżycia 45 lat w realnym socjaliźmie jest ugruntowane we mnie przekonanie, że do każdego kurestwa można dorobić ideologię i jak nie tędy, to owędy.
     Po to jest wadza, żeby na poczekaniu wymyślała głupoty, a po to jesteśmy my, żeby bez chwili wahania znajdować wyjście.

     Aha, gdyby ktoś nie wiedział, o co tu poszło, wyjaśniam, że wadzy pomylała się ustawa o zatrudnieniu na statkach morskich z ustawą o kulturze fizycznej.
     Któś naiwny mógłby zadać pytanie, a co z kodeksem morskim, który - niejako z definicji - zabrania przewożenia na jachcie pasażerów?
     Wszystko było OK. Dla kodeksu morskiego, Urzędu Morskiego, PT Armatora, szwedzkich imigrejszenów i innych takich - miałem inną listę, na której występowałem jako master. Jedna lista nie ma nic wspólnego z drugą. Każda wadza powinna dostać taki dokument, na jaki zasługuje!

Pozdrawiam

Pasażer (dawniej kapitan)

Janusz Zbierajewski

wróć na początek strony...




AFERA MEDYCZNA

     Grzesiek napisał:

     Oo, czy to chodzi o tą aferę, kiedy to Anglicy mieli liczne problemy natury technicznej (jak tu poszkodowaną wynieść z dołu na pokład Pogorii), i medycznej (co z tą kostką zrobić), i ogólnej (czy ona musi jeszcze w szpitalu leżeć)?

     Harry Haller napisał:

     O to właśnie chodzi.

     Zapakowali ją, jakby mieli ją taszczyć na Everest, targali chyba w ośmiu (nie powiem - była to najbardziej profesjonalna część całej afery, sami paramedics, tak przejęci swoją rolą, że na starość będą wnukom opowiadać o wielkiej akcji ratunkowej na Pogorii).

     Mi przy wsiadaniu do karetki rozłożyli stopień, abym się przypadkiem nie potknął i zębów nie wybił (wiadomo, za każdym rogiem czai się adwokat ;p ).

     Jaja to były w szpitalu.
     Na całą wielką izbę przyjęć jeden lekarz - Hindus o podstawowej znajomości angielskiego, który co chwilę znikał na „łan sekond ser” (pewnie, żeby zajrzeć do słownika).

     Na kozetce obok leżał gość z podejrzeniem zawału - też sobie poczekał. Jak opuszczaliśmy w środku nocy szpital to gość dalej czekał na lekarza (trafiliśmy do szpitala późnym popołudniem i ten gość już tam leżał).

     Po kilku godzinach oczekiwania ktoś wpadł na pomysł, że można zdjęcie RTG zrobić.
     Więc zrobili.
     Pielegniarka obejrzała je koło północy na tle kiedyś białego sufitu (mi nawet się do niego zbliżyć nie pozwolili), krzyknęłą do Hindusa, że chyba wszystko OK i diagnostykę oraz terapię uznano za zakończoną.

     Kaji powiedziała, że najlepiej to dzisiaj niech już nogi nie obciąża, a od jutra spokojnie może zacząć chodzić.

     hehehe

     Fajnie było.


     Zacznę od dygresji, ale - jak się okaże - na temat. W Londynie mieszka mój wujek, ostatni z pokolenia moich rodziców. Dżentelmen po osiemdziesiątce, który - z Wileńszczyzny (bo ja stamtąd) w 1939, w czasie pierwszej okupacji, (bo potem była druga, niemiecka) via Syberia, Anders, Persja (chwilowo zwana Iranem), Palestyna, Monte Cassino (Italian Campaign) wylądował w Londynie i tam do tej pory mieszka, bo po zaliczeniu rąbania tajgi cóś mu się nie podobał ustrój, jaki zapanował po wojnie w Jego Starej Ojczyźnie. Miałem okazje go odwiedzić na dwa dni przed skręceniem przez Kaję kostki, bo na „Pogorii” właśnie skończyły się papiery, więc musiałem pojechać z Portsmouth do Londynu, żeby mi konsul przedłużył kartę bezpieczeństwa. Po załatwieniu stemplologii stosowanej odwiedziłem wujaszka. Narzekał na zdrowie, bo rok wcześniej potrącił go (na pasach) samochód i wujcio wylądował w szpitalu na czas dłuższy. Przez godzinę, albo lepiej, wysłuchiwałem starszego pana, co on myśli o służbie zdrowia w Junajted Kingdom i jak ta cholerna Małgośka Taczerówna rozpieprzyła służbę zdrowia w drobny mak. Jako dobrze wychowany siostrzeniec, pochodzący z dobrego domu z fortepianem, wysłuchałem grzecznie wujaszka, już to przytakując, już to wydając z siebie stosowne okrzyki grozy. W duchu jednak byłem przekonany, że wujcio przesadza. Ot, pewnie pielęgniarki były za stare, albo kaszka manna na śniadanie była przesolona.

     W dwa dni potem przerabiałem angielską służbę zdrowia na nodze Kaji. To wszystko, co opisał wyżej Leszek - to święta prawda, a właściwie 10% świętej prawdy. Paramedyków zjechały się trzy czy cztery karetki. Chłopaki przejęte rolą wytargały Kaję z dołu i zapakowały w jedną z tych karetek. Posłałem na wszelki wypadek z nimi Leszka, bo to i doktor i szprecha swobodnie w języku tutejszych aborygenów. Sam zaś, z absolutnie czystym kapitańskim sumieniem udałem się byłem na drugą stronę kanału, bo właśnie na HMS „Warrior” odbywało się uroczyste przyjęcie dla wszystkich Cuttysarkowskich kapitanów, od Kruzenszterna po małe jolki. Gospodarzem był lord major Portsmouth do spóły z Drugim Lordem Admiralicji (bo Pierwszym jest premier, ale Tony był czymś zajęty).

     Zadęcie - ho, ho.
     Około północy zrobiło się cóś nudnawo, więc wyszedłem po angielsku (a niby jak miałem wyjść w Anglii?).

     Nieszczęśliwie droga do motorówki prowadziła obok „Iskry”, więc stojący na pokładzie nieustraszony dowódca tegoż okretu, czyli Robert, który urwał się z przyjęcia parę minut wcześniej, zaciągnął mnie do siebie, gdzie miło spędziliśmy coś koło pół litra czasu, no i już około pierwszej Robert dał mi swojego matrosa z pontonem, żebym mógł się jakoś dostać na drugą stronę. Wlazłem na „Pogorię” rzucając grzecznościowe (ma się tę kindersztubę) pytanie wachtowemu „A jak się czuje Kaja?”.

     Naiwny, myślałem, że pytam retorycznie. A tu kupa ludzi na pokładzie na wyrywki zaczyna mi tłumaczyć, że do tej pory(!!!) Leszek z Kają siedzą na korytarzu szpitalnym i jeszcze żaden medyczny pies z kulawą nogą się nimi nie zainteresował, choć Leszek podobno regularnie co kwadrans kogoś opier... no, znaczy zwraca uwagę. Dostałem (ja, niespotykanie spokojny człowiek) lekkiej piany na pysku. Dorwałem któregoś z oficerów. Głowy nie dam, ale chyba trafiło na Jasia Nedomę (Jasiek, potwierdź albo zaprzecz!). Jasiek ma zaraz zadzwonić do Leszka, żeby uzyskać najnowszy komunikat z pola walki zdrowotnej, a bosman, czyli Gafel ma natychmiast wyrychtowac naszą motorówę, bo jak się okaże, że oni, tzn. Kaja i Leszek jeszcze tam siedzą, to ja wracam na HMS „Warrior”, dorywam się do mikrofonu i całą moją opowieść zakończę słowami, że jeśli Lord Mayor nie spowoduje, że w jego szpitalu (bo to był miejski szpital) jakiś weterynarz nie zajmie się moją załogantką w ciągu najbliższych pięciu minut, to zaapeluję do wszystkich kapitanów o bojkot jutrzejszej wielkiej parady na kanale Solent. Draka byłaby jak stąd do Murmańska, ale takie problemy zawsze koncertowo olewałem. Nie będzie byle angielski weterynarz lekceważył mojej chorej załogantki.

     Angoli uratowało to, że kiedy Jasiek dodzwonił się do Leszka, ten oświadczył, że właśnie weterynarze obejrzeli Kaję, stwierdzili, że jest dobrze i zapisali ambitną terapię, w postaci - bodaj - altacetu. Leszek sam opatrzył Kaję i... okazało sie, że w całym szpitalu nie ma karetki, żeby ich odwieźć na „Pogorię”. Czyli róbta co chceta. W wersji angielskiej - paszli won i nie mieszat'. Na szczęście przed ich wyjazdem dałem z kasy okrętowej Leszkowi 20 funciaków (just in case). Leszek wziął taryfę i przywiózł Kaję na statek.

     Morały:
1. Jeśli starszy pan (nie chodzi o mnie, tylko o mojego wujka, przy którym jestem małolat) coś mówi i wydaje ci się, że pieprzy (skleroza, stary Niemiec Altzheimer etc.), nie osądzaj tego pochopnie, bo może się okazać, że ma racje.
2. Drogie dziewczyny, uważajcie przy schodzeniu z własnej koi, bo niechcący możecie spowodować konflikt międzynarodowy.
3. Służbę zdrowia JKM powinna spotkać jakaś kara boska, na przykład socjalizm (są na dobrej drodze).
4. Nie narzekajmy na naszą służbę zdrowia, bo może być jeszcze gorzej, choć to wydaje się niemożliwe.
5. Funty za taksówke rozliczyłem w STAP-ie, więc wszyscy, którzy pływali (płacąc) na „Pogorii” mogą mieć satysfakcję, że ułamkiem pensa przyczynili się do uratowania skręconej kostki Kaji.
     I tym optymistycznym akcentem kończę przydługą, ale - mam nadzieję - pouczającą dykteryjkę. Jeśli Was zanudziłem, to sorry jestem. Już nie będę.

Pozdrawiam

Janusz Zbierajewski

wróć na początek strony...




WOŁANIE O POMOC

     O kurczę blade! Czego to się człowiek nie dowie z internetu! I zdrowe, i porywiste, i SW, i 8 a momentami 9, i groziło wyrzucenie na plażę, i statki ratownicze się bały. Po prostu horror okrutnego morza. No, ale ja posypuję truskawki cukrem.

     Wyszedłem Zawiasem (zobaczyć morze) z Kilonii wczoraj po kolacji. Niemieckie wetterdiensty straszyły 10 B ze szkwałami „o sile orkanu”. Fakt, o 5 rano przydzwoniła dycha. Żadne SW. Miało być czyste W i było. Jechało się dość komfortowo, tyle że po Marszałkowskiej, pełnej statków i trzeba było jeszcze tego towarzystwa unikać. W południe skręciłem w stronę Sundu, co by dojechać do Kopenhagi. Na kilkanaście mil przed Falster usłyszeliśmy Mayday relay. Jakiś statek przekazywał do Sweden Rescue wiadomość, że rosyjski katamaran „Tornado II” złamał maszt (maszt, a nie stery) i dryfuje. Z ludźmi wszystko ok, ale proszą o zholowanie ich. Kiepska była słyszalność tego statku, więc Rescue kilka razy pytało o pozycję. Kiedy okazało się, że jest to kilkanaście mil od nas, złosiłem akces. Mogę tam być za półtorej godziny, a u-boota mam takiego, że pociągnie wszystko, łącznie z ruskim katamaranem. Rescue podziękowało, ale postanowiło nie skorszystać z naszej pomocy, bo okazało się, że podana długość (13st 04 min) była błędna. Naprawdę ich długość wynosiła 13st 40 min, czyli byli od nas o ok 30 mil.

     Potem zaczął się cyrk. Rescue informowało, że podejmie ich statek rosyjski. Jego kapitan wygłosił przemówienie do załogi katamarana, że najlepiej będzie, jak poczekają, aż dotrze do nich ratowniczy statek radziecki (słowo, tak powiedział, Nedoma i Tajchman świadkami). Potem Rescue powiedziało, że pójdzie do nich statek ratowniczy, a jeszcze później - że jednak wysyłają śmigłowiec. I na tym akcję w eterze zakończono.

     Podsumowanie:

     Wiało 10 ze szkwałami 11 z czystego W. Gdyby im przyszło dryfować, mieli by cóś koło 2-3 dni do wylądowania na Bornholmie.

     Jureczku, jak Twoje kapitany od statków ratowniczych są takie fachury, to może by zmienili zawód. Aha, tylko im nie mów, że chciał na nich odwalić robotę taki polski wariat na statku żaglowym z połową załogi w postaci niewidomych. Oni Ci w życiu nie uwierzą i wyjdziesz na kłamcę (nielustracyjnego!!!) ;-)))

Pozdrawiam z Kopenhagi

     Janusz Zbierajewski

     PS. Tam dalej gwiździ (o 2 stopnie mniej) a tu zacisznie i piwo dobre dają.

     PS2. Poprzednie załogi „zobaczyć morze” narzekały, że nie przeżyły prawdziwego sztormu, no JKM Neptun był wyjątkowo dla nich łaskawy. Ta obecna załoga już w Amsterdamie wyraziła chęć takiego przeżycia. No to mieli! Moja firma bidna, ale solidna. Klient zapłacił - klient ma! No co, dychy im będę żałował???

     PS3. Wielbicieli niejakiego Romualda Roczenia (ksywa Roman) informuję, że wyżej zapodany płynie z nami. Na nim ta dycha nie zrobiła wrażenia, bo w swoim pierwszym z życiu rejsie przeżył jedenastkę.

wróć na początek strony...




POPŁYNĘLIM, ZOBACZYLIM I WRÓCILIM

     Za zeszłoroczny rejs „Zobaczyć morze” dostałem nagrodę specjalną w Rejsie Roku. Za styczniowy rejs na „Pogorii” w niewidomymi - zostałem op...ny przez Wysoką Komisję Rewizyjną STAP-u za uprawianie niedopuszczalnej samowoli (Zbierajewski zabrał jakichś tam niewidomych bez zgody Zarządu! Skandal!!!).

     W bilansie wyszedłem więc na zero, zgodnie z zasadą, że u nas jednego dnia dają ci order, a drugiego kopa w dupę, żeby ci się we łbie nie przewróciło. Tak więc zaczynamy od początku.

     Żeby dobrze zacząć - wyszliśmy w morze trzynastego. Mieliśmy w planie Kilonię, Kanał Kiloński i Cuxhaven, ale cóś mnie tkło. Przeca zara sie zacznie Kieler Woche. Zadzwoniłem do hafenmajstrów w Kilonii. A oni: Master, zgłupłeś? My tu już mamy ponad tysiąc jachtów. Przypłyń Optymistem, to może cię jakoś upchniemy, ale tym twoim pancernikiem? Zadzwoń za tydzień - pogadamy.

     No to skręciłem w prawo (od pewnego czasu jest to słuszne ideologicznie) i wlazłem w Sund. W Kopenhadze było miło ale lało jak cholera. Mieli my stać ze dwa dni, ale po pierwszym dniu lania wszyscy mieli dosyć, no tośmy wyszli. Chciałem wleźć do zamku Hamleta, ale dalej lało, no to poszli my przez cały Kattegat. Rozpogodziło się - to zaliczyliśmy Skagen, potem na szagę przez Skagerrak i Północne do Ijmuiden, a po prześluzowaniu się - do Amsterdamu. Tam zmieniła się załoga. Powrót był „dołem”, tzn. Helgoland, Kanał i Kilonia, a potem Kopenhaga.

     Kolejne załogi z „zobaczyć morze” narzekały na zbyt łagodne wiatry i stany morza. Wszyscy marzyli „ech, żeby tak jeszcze przeżyć jakiś sztorm”. No to im załatwiłem. Klient zapłacił - klient ma. Naś klijeń naś pańńńń!! Wyszli my z Kilonii przed wieczorem - nad ranem przywiała dycha. Po paru godzinach przedarłem się przez wały wody na śródokręciu, wlazłem do kubryku. W odróżnieniu od sondy „Pathfinder” na Marsie - odnalazłem śladowe oznaki życia. Znaczy - jest OK. Można płynąć dalej. Resztę załatwi szlauch z wodą w porcie. Po drodze były atrakcje typu Mayday relay. Pisałem już o tym. Chciałem zostać przy okazji bohaterem, ale znowu, kurczę, nie wyszło;-((

     Z Kopenhagi już żabi skok do domu. Była jeszcze jedna atrakcja o 6 rano. Spotkały się trzy legendy: „Dar Młodzieży”, Zawias i Przylądek Rozewie. Minęliśmy się przy Rozewiu z Darem, który wychodził do Arhus. A na wysokości Helu wyszły nam na spotkanie „Bury Kocur” z „Tequillą”. Apacz marzył, żeby zostać kapitanem z jajem, to mu ciepłem kurze jajo na „Tequillę”. A co mu będę żałował!

     Refleksje:

     1. Za oficerów miałem różnych Tajchmanów, Nedomów, Kluczków, Stańczyków, Bodziów i innych takich (oraz inną taką, bo to była Jagódka), więc mogłem wysypiać się do woli.

     2. Pływanie z niewidomymi - to małe piwo, ale pływanie z załogantem o ksywie Sopel - grozi śmiercią, kalectwem, zagładą całego statku, zamienieniem się w Latającego Holendra itp. Człowiek-demolka to przy nim cienki Bolek. Sopel jest Demiurgiem Destrukcji. Jak podszedł do dzwonu, żeby wybić szklanki - urwał się fał dzwona z całym sercem, jak podszedł do bomu bezansztaksla - ten pękł na całej prawie długości. Demolował wszystko, do czego podszedł. To znaczy - nie on demolował. To się samo demolowało na jego widok.

     I nie przestało po zakończeniu rejsu. Już w Gdyni, rano, obok Zawiasa stanęła „Iskra” i odbyły się uroczystości chrztu nowego marwojowskiego nabytku: „Admirał Dickman” oraz pożegnanie obu jednostek przed wyjściem na Tall Ship Races. Nagłośnienie, orkiestra reprezentacyjna MW, admirał Dyrcz i w ogóle. Trawa wymalowana - rzecz jasna - na zielono. Tuż przed uroczystością przyszły chłopaki z Marwoju, które nagłośniały, czy nie mogą pożyczyć prądu od Zawiasa, bo się nie mogą dostać do swojej skrzynki. Mogą, jasne.
     Obok Zawiasa trwała uroczystość. Admirał przemawiał, orkiestra grała, komendy padały. A na Zawiasie, w nawigacyjnej, Anka drukowała korespondencją seryjną opinie i zaświadczenia z rejsu. Było dobrze, dopóki z drukarki nie wyszło do połowy zaświadczenie z nazwiskiem Sopla. W tym momencie wszystko dupło, wysiadły korki, skrzynka na nabrzeżu i mufa na słupie. Pół Gdyni nie miało światła, megafony wysiadły, admirał czuł się, jak Człowiek z Marmuru, kiedy mu na zebraniu wyciągnęli wtyczkę. Ocalała z pogromu tylko orkiestra dęta, bo oni mają takie urządzenia, jak moja ukochana, niezawodna rozgłośnia pokładowa na Zawiasie: blacha mosiężna zwinięta w fantazyjną rurę. To są jedyne urządzenia Soploodporne!!!

     Jadę zaraz na stadion. Podobno jeszcze czynny. Kupię kałacha. Na następnym rejsie dam go trapowemu z kategorycznym poleceniem, że jak w promieniu 100 m od Zawiasa zobaczy Sopla, ma pojechać ogniem ciągłym. Ewentualne straty w postaci paru staruszek i nieletnich dzieciątek są - per saldo - i tak mniejsze, niż ewentualne wyczyny Sopla.;-))

     3. Stan stanu osobowego na koniec rejsu: jeden przydzwonił łbem w futrynę (stalową). Guz wielkości jaja i rozcięta skóra. Drugi przydzwonił kolanem w poler. Kolano spuchnięte. Trzeci (onże Sopel) wylał czwartemu gorącą kawę na łapę. Łapa w bąblach. Piąty obierał pyry i zaciął się nożem w palec... itd. itp.
     Razem uszkodzonych załogantów - sztuk 10. Wszyscy widzący.
     Uszkodzonych załogantów niewidzących - zero.
     To kto tu - kurde - jest niepełnosprawny???

wróć na początek strony...




PATENT SZOCIKA

     Wróciłem właśnie z imprezy pt. „Szocik-kojocik oblewa plastik”. Tzn. impreza w 10 B jeszcze trwa, to ja się urwałem.

     Najpierw było testowanie pływalności patentu (w końcu jest to patent morski, więc zdolność do pływania jest jakby uzasadniona). Zespół testatorów (w którym i ja - mówiąc językiem Zagłoby - pars magna fui - przeprowadził badania naukawe, z których wynika, że nowy patent pływa. O, pardon, to banał. Naukowo mówiąc - posiada pływalność dodatnią. Czyli - na jeziorach można go wrzucić do wachy i robić manewr „patent za burtą”.

     Korzystanie jednak z patentu kojota na takim - weźmy - Zalewie Z. Jest przerostem formy nad treścią. W końcu jest to dokument morski. Niestety, w 10 B boleśnie dał się zauważyć brak wody morskiej, zaczęliśmy więc robić badania naukawe nad innymi cieczami, dostępnymi bez trudności w wyż. wym. tawernie.

     Nasze badania wykazały, że nowy patent zanurzony w piwie - TONIE! Leży, jak jaki głupi na dnie kufla! Już-już-żeśmy się ucieszyli, że jest pretekst, żeby spić Szota (no bo dopóki nie opróżni kufla - nie będzie miał patentu, przecież nie jest aż takim chamem, żeby pchać brudną łapę do kufla z piwem).

     Aż tu - siurpryza. Mniej więcej po 48,68 sekundy patent zaczął się pokrywać bąbelkami i już po 1 minucie i 55,34 sec. wypłynął był na powierzchnię!!!

     Przyszli magistranci - oto temat ambitnej (i przyjemnej ze względu na badania empiryczne) pracy magisterskiej: Wkład ministra Lipca i PZŻ w uwalnianie CO2 z piwa „Warka”.

     Byliśmy gotowi ambitnie prowadzić dalsze badania, aż do habilitacji włącznie, ale nagle przylazła Stara Zientara i zepsuła nasze osiągnięcia naukawe swoją głupią ciekawością.

- Jaki masz numer patentu? - zapytała Zientara Szocika.
- Trzydzieści trzy - odparł był świeżo upieczony Szocik-kojocik.
- O, q.... (tu nie dosłyszałem słowa) - ja też mam czidzieści czi - zdumiała się niepomiernie Zientara. Tyle, że papierowe.

     W tawernie powiało grozą. Ci, którzy już byli leciutko naprani - wytrzeźwieli w mgnieniu oka. I znowu - cholera, całe pijaństwo na nic!

     Znaczy - na jednej imprezie spotkały się dwa patenty numer 33.

     Rozwiązań i wniosków z tej numerologicznej zagadki jest kilka:

1. Jeden z nich (Szot lub Zientara) kupił patent na bazarze Różyckiego.
2. Obaj kupili patenty na bazarze.
3. Chłopaki na bazarze poszli na ilość i drukują jak leci, nie dbając o zmianę numerów.
4. Co za czasy, moja pani, już nawet chłopakom z Różyckiego nie można ufać!
5. Chyba trza się przerzucić na Stadion X-lecia. Tam kałachy i bazooki sprzedają oryginalne, więc może i patenty też.

Pozdrawiam

     Janusz-niedokończony-docent-rehabilitowany-Zbierajewski

wróć na początek strony...




FAKTY AUTENTYCZNE

     Natasza napisał(a):

     1. Czy ktoś pamięta, dysponuje wiedzą, bibliografią lub koncepcją, gdzie się zwrócić, żeby zdobyć informację GDZIE pływał „Zawisza” w latach 1979-1983. Ozłocę za „fakty autentyczne” - wspomnienia przygodowe.

     --------------------------------------------------

     Janusz odpisał:

     Mówisz i masz :D

     Oto parę „faktów autentycznych”:

     Lata 1979-83 są akurat mało ciekawe. Na ogół oranie Bałtyku w tzw. rejsach krajowych. Z ciekawszych rejsów pamiętam tylko jeden, na Milenium Isle of Man, latem 1979. Tysiąc lat wcześniej geriatria rodowa usiadła se na milestonach i powiedziała: Okej bojs, od tudej bedymy siem nazywać Parliament. I tak im zostało.

     Z okazji rzeczonego Milenium Rząd Isle of Man urządził zlot żaglowców, ale nie wszystkich na raz, tylko kolejny żaglowiec był zapraszany na kolejne dwa tygodnie, więc wyspa miała Operację Żagiel przez cały rok.

     Popłynąłem tam na Zawiasie. Było fajnie aż do ostatniego dnia. Otóż dzień wcześniej (a staliśmy w Douglas, stolicy wyspy) pojawił się Amerykaniec, piosenkarz country, który koncertował był właśnie na tejże wyspie, wpadł w dziki zachwyt na punkcie urody Zawiasa (Really oldtimer equipped with unforgettable engine) i zaprosił całą załogę na swój koncert jutro wieczorem.

     Poszliśmy wszyscy oprócz wachty trapowej. Koncert skończył się gdzieś koło 2300. Opuściliśmy halę i szliśmy do portu pochyleni, pod katem 60 stopni. Gwiździło tak, że słynny dworzec w Kielcach wydawał się być oazą stojącego bez ruchu powietrza.

     Z niejakim trudem weszliśmy na pokład, bo wiatr był odpychający i Zawias stał przechylony (A wiatr na wantach piosenkę grał :D ) i nieco oddalony od nabrzeża na napiętych cumach i szpringach.

     Wywołałem UKF-ką Harbourmastera pytając, skąd się wziął ten wicher, bo wcześniejsze prognozy zapowiadały coś wręcz przeciwpołożnego. A szef portu na to, że nie ma pojęcia, bo według prognoz nic nie wieje!

     Bałem się, że jeśli oko tego lokalnego cyklonu przejdzie akurat nad Isle of Man i wiatr się odwróci - może mnie rozwalić o nabrzeże i żadne odbijacze tu nie pomogą. Postanowiłem z decyzją zaczekać do prognozy BBC nadawanej codziennie o 0030 na falach długich. Może czegoś się dowiem o tendencjach tego wiania.

     No i doczekałem się. BBC naukowo stwierdziło, że na Morzu Irlandzkim i Kanale nie wieje nic! Potem się okazało, że tym czasie huragan zatopił już kilkanaście jachtów biorących udział w Fastnet Race.

     Postanowiłem wyjść z portu. Poprosiłem hafenmajstra o jakiegoś mooring (właściwie unmooring) mana, bo wysadzenie kogoś na desant do oddania cum mogło się skończyć tylko jednym: desant pozostałby na nabrzeżu.
     I wyszedłem. A na ogonie tego huraganu przeszedłem jeszcze pod żaglami Pentland Firth. Podobno jest to straszliwa cieśnina :lol: Po zawinięciu do Aberdeen dowiedziałem się z prasy, jak ten huragan spustoszył Fastnet Race. Dziś wystarczy wyguglać „Fastnet 1979”.

     Dzisiejsze podręczniki meteorologii opisują to jako największą pomyłkę w historii brytyjskiej meteorologii.

     O ile pamiętam - był to jedyny ciekawszy rejs w okresie, o który Ci chodzi. Rok wcześniej byłem Zawiasem na Światowym Festiwalu Młodzieży i Studentów w Hawanie, na zaproszenie naszego ówczesnego przyjaciela, El Jefe, czyli Comandante Fidela. Rok po Twoim zapotrzebowaniu czasowym, w 1984, Janek Sauer popłynął na Operację Żagiel z okazji 450-lecia odkrycia Kanady. Trasa - jeśli dobrze pamiętam - St. Malo - Las Palmas - Bermudy - Hamilton.

     Rejs ten potwierdził starą prawdę, że nigdy nie wiadomo kiedy dobry uczynek przekształca się w zły uczynek i odwrotnie. W Hamilton na Bermudach dwaj załoganci z Zawiasa podwędzili samochód i uszkodzili go. Miejscowa policja wsadziła ich do miejscowego pierdla. Regaty wystartowały, a Janek musiał zostać, żeby wyciągnąć z pudła załogantów. Po licznych interwencjach konsulatów w Kanadzie, USA i UK udało się, ale udział w regatach był już po ptokach, więc Janek podszedł „na krechę” do Kanady. Po drodze pojawił się silny sztorm, który zatopił „Marquesa”. Ich Mayday usłyszała „Smuga Cienia”, która przekształciła to w „Mayday relay”. Usłyszał to Janek i - niewiele zbaczając z kursu - trafił na miejsce katastrofy i uratował ostatnich 9 rozbitków, w tym 8 żywych.

     Wracając 3 lata temu z Bermudów, natrafiłem w Horcie (Wyspa Faial na Azorach) malunek „Marquesa” na falochronie upamiętniający jego wizytę, i domalowane później, po katastrofie, epitafium. Fotka jest tu:
     http://picasaweb.google.com/117042447871308516743
     Wejdź w plik „Nie nasi, ale oryginalne”.
     Dokładnie tu:
     http://picasaweb.google.com/117042447871308516743/NieNasiAleOryginalne#5354739782106584338

     A w 2009, w 25-lecie katastrofy zjechali się do Gdyni niemal wszyscy żyjący uczestnicy tego pamiętnego rejsu. Ja akurat miałem wymianę załogi „Zobaczyć Morze”, czyli wymieniałem jednych widzących inaczej na innych widzących inaczej :D
     Całe „Marquesowe” towarzystwo zabrałem na Zawiasa, wypłynęliśmy na Zatokę, rzuciliśmy wieniec.

     A co do „wybierania wolności” - Sąsiadowi i Krzysiowi pomyliły się epoki. W okresie, o który chodzi Nataszy - Waldek Mieczkowski latał w krótkich majtkach. Swój pierwszy rejs na Zawiasie odbył właśnie w 1984 i był uczestnikiem ratowania załogi „Marquesa”. Jako kapitan popłynął do Kanady w dziesięć lat później. Rzeczywiście zeszło mu kilku załogantów, ale nie była to tzw. ucieczka, tylko zejście zaplanowanie i przygotowane, żeby sobie trochę posiedzieć w Kanadzie i Stanach i zarobić tzw. parę złotych w zielonych. U nas już zapanowała Najjaśniejsza Rzplita, wiec nie było po co uciekać.

     W czasach słusznie minionych też w zasadzie nie było ucieczek politycznych (mówię o Zawiasie). Pierwsze zejścia były w czasie rejsu dookoła świata.

     Dla niewtajemniczonych: Pierwsze dwa etapy prowadził Janek Ludwig, następne dwa, azjatyckie (Singapur, Sajgon, Tajwan, Korea Północna, Chiny, Korea Południowa, Japonia - Nachodka - prowadziłem ja, a potem znów Janek. Po drodze zmienił się u nas ustrój, na Zawiasie zabrakło pieniędzy. Ja wpłynąłem do Phenianu (teraz to się nazywa Pyongyang czy jakoś tak) mając w kasie 102 dolary i 50 centów. A to była dopiero połowa drogi! Poratował mnie Komitet Festiwalowy (polski). Przyszedł na Zawiasa szef polskiej delegacji, świętej smoleńskiej pamięci Jurek Szmajdziński i powiedział, że komitetowi zostały jakieś pieniądze w tamtejszych wonach i nie maja co z nimi zrobić, bo to są - poza KRL-D - kolorowe papierki.
- Przydadzą ci się? - zapytał.
- Dawaj! - odparłem szybko, żeby się przypadkiem nie rozmyślił.
- To napisz podanie do Komitetu Festiwalowego.
     Napisałem i dostałem ileś tam tysięcy wonów, które były rzeczywiście tylko kolorowymi papierkami. Na szczęście, nawet w najgłupszym ustroju są jednostki myślące racjonalnie, wiec nawiązałem przyjacielsko-biznesowe kontakty z trzeźwo myślącymi dżentelmenami, którzy zwykli się przedstawiać jako „czencz many” i wymieniłem papierki kolorowe na papierki zielone. Dokonałem na tę okoliczność stosownego zapisu w dzienniku jachtowym używając enigmatycznego, bezosobowego określenia „Wymieniono ileś tam wonów na ileś tam dolarów” unikając starannie opisu miejsca i formy wymiany. Wystarczyło na zatankowanie w Korei Południowej, potem, po wyjściu z Hiroszimy, spotkałem na wewnętrznym Morzu Japońskim holenderski statek obsadzony polską załogą, który na morzu zatankował Zawiasa do pełna. Wystarczyło na Kobe, Osakę i Jokohamę i tak dotarłem do Nachodki. Janek przywiózł z kraju trochę pieniędzy, za które dotarł do Hameryki. Tam znowu zabrakło, więc Janek woził turystów wokół San Francisco, żeby zarobić na paliwo, ech, siła by mówić. Rejs się przeciągał w nieskończoność, niektórzy załoganci nie mogli już dłużej zostać, więc, za zgodą Janka, wyokrętowywali się w różnym czasie i różnych miejscach. Jedni wracali od razu, inni po kilku miesiącach, ale ucieczek w sensie „azyl polityczny” o ile pamiętam - nie było.

     Ostatnia spektakularną „ucieczkę” z Zawiasa wykonał niejaki Mieczysław W., już po tej stronie Atlantyku, w Kadyksie. Otóż Mieczysław W. popłynął, bo stracił robotę, ponieważ jego były szef, niejaki Lech W., określany przez ministra Urbana jako „osoba prywatna z wąsami”, też stracił robotę. Wszelako po jakimś czasie Lech W. powiedział słynne „ja nie chcem, ale ja muszem” i wezwał Mieczysława W. do roboty, żeby ten pomógł mu zamienić określenie „ja muszem...” na stwierdzenie „ja jezdem...” :lol: :lol: :lol:

     O rany, ale siem rozpisałem! Za darmo! To siem chyba nazywa grafomania :lol: :lol: :lol:

Pozdrawiam

     Janusz Zbierajewski

wróć na początek strony...




ŻEGLARSTWO W POLSCE A KOMUNIZM - HISTORIA

     Maria Wróbel napisała:

     Prowadzę pracę badawczą i szukam informacji o trudnościach, na jakie narażeni byli byli polscy żeglarze pływający po morzach w czasach PRL, szczególnie interesują mnie lata '60. Czy ktoś podzieliłby się ze mną swoim doświadczeniem lub mógł wskazać ciekawe artykuły lub książki na ten temat? Jaką procedurę musieli przejść żeglarze starający się o paszport i wizy do obcych portów? Jakie osoby stały na czele PZŻ i czy to ta instytucja była głównym decydentem w sprawach pozwoleń na pływanie zagraniczne? Co to za organ „Rada Kapitanów PZŻ”? W jakich latach istniała taka rada? Większość książek z tamtego okresu jest pisana ostrożnie lub w sposób odpowiadający komunistycznym władzom. Chciałabym poznać prawdę.

     Będę wdzięczna za pomoc.

     Maria Wróbel

     --------------------------------------------------

     Janusz odpisał:

     Mario!

     Jeśli dobrze rozszyfrowuję skrót Twojego adresu e-mailowego - piszesz pracę na Politechnice Śląskiej. Firma jest poważna i zasługuje na poważną pracę, a nie na publicystyczny bełkocik ujęty w naukawą formę. Skoro tak - podjęłaś się katorżniczej pracy.

     Po pierwsze - czegokolwiek się dowiesz - weryfikuj, weryfikuj i jeszcze raz weryfikuj. Czytając to, co PT Koledzy napisali wyżej, sama chyba się zorientowałaś, że pamięć ludzka jest zawodna, mylą się nazwy instytucji i nazwiska, a legendy i przeinaczenia mają długi i w zasadzie niezniszczalny żywot. Sam wiem coś o tym. Walczyłem przez parę lat (dodajmy - bezskutecznie) z legendą o stajni dla konia na „Pogorii”. Naród wiedział lepiej. A dwa tygodnie temu dowiedziałem się od członka załogi, w „cywilu” pracownika Odpowiedzialnych Służb Najjaśniejszej Rzplitej, że w rejsie „Pogorii” na Antarktydę w 80 roku połowę załogi stanowili agenci KGB. On to wie na pewno, bo powiedział mu o tym jego szef, a on szefowi wierzy. Jak widać - głupota szefów jest ponadustrojowa. Swoją drogą, ciekawe, kto niby dorabiał w KGB? Geograf? Witek Zamojski? Kazio Robak? Krzyś Baranowski? Andrzej Marczak? Chłopaki, przygotujcie się! Zara bedzie komisja sejmowa! Już macie przerąbane!

     Do rzeczy:

     1. Weryfikuj nawet źródła pisane.
     „Polskie jachty na oceanach” pisał głównie Zbyszek Urbanyi. Pamiętaj, że był to dziennikarz, a nie historyk, więc co chwilę ponosił go temperament publicysty. Miło jest przypieprzyć PZŻ-towi, ale głównym rozgrywającym rejsu Dacki na „Josephie Conradzie” był jednak Zarząd Główny AZS. Dziś określenie „delegaci PZŻ” brzmi dość obraźliwie, ale chodziło tylko o to, że rejs miał być oficjalną delegacją na 350-lecie osadnictwa w USA. Skoro oficjalna delegacja, to musi być szef oficjalnej delegacji. Delegatami mianowano więc zastępcę kapitana (Jurek Szelestowski) i I oficera (Zdzichu Michalski, ten z gdyńskiej Stali, nie mylić z z tym Zdzichem Michalskim, który później przez długie lata był stałym kapitanem „Zewu Morza”). Nieporozumieniem było przekształcenie na siłę rejsu AZS-owskiego w oficjalny, AZS-owsko-PZŻ-towski. Reszta była już tylko konsekwencją i serią głupich i nieprzemyślanych decyzji. Mało kto wie, a i Urbanyi o tym nie wspomina, że kiedy jacht dopływał do Madery, Amerykanie unieważnili wizy, które wcześniej załodze wydali.

     2. Nie było tworu „Rada Kapitanów PZŻ”.
     Była komisja kapitanów. Ciało ozdobne, bez żadnej mocy sprawczej. W latach 60. przewodniczącym był Henryk („Wujo”) Fronczak, w pierwszej połowie lat 70 - Janek Kolański, a w drugiej połowie - ja, do czasu, aż (w 81 r.) wycofałem się całkowicie z jakiejkolwiek działalności w żeglarstwie. Co ta komisja robiła? Nic. Była.
     Od czasu do czasu Zarząd PZŻ prosił o jakąś opinię, np. zaopiniowanie kandydatur do „Rejsy Roku”. No tośmy opiniowali. Kiedy Henio Jaskuła wybierał się non-stop dookoła świata, PZŻ miał problem, bo Henio nic od PZŻ-tu nie chciał. Jacht i pieniądze miał od miasta Przemyśl. PZŻ powołał więc podkomisję z komisji kapitanów (jak się nie wiedziało, co zrobić, to się powoływało komisję, jak był totalny nieurodzaj z powodu np. suszy, to się zbierało... Plenum Rolne KC). Komisja była trzyosobowa: Jurek Jaszczuk (w tej chwili płynie z małolatami na „Pogorii” do Dakaru, młody Laskowski (od lat w Australii) i ja. Nasze kompetencje były mniej więcej niejasne. Przyjrzeć się doborowi trasy (niby czy Heniowi pasaty nie pomyliły się z monsunami), czy założył właściwe przeloty dobowe (jakby ktokolwiek mógł to przewidzieć) i inne takie tam dyrdymały. Zadzwoniłem do Henia: Jak będziesz się kiedy wybierał do Warszawy, to daj znać, musimy z tobą pogadać. Henio przyjechał, a ja do niego: Heniu, powiedz, po cholerę ty chcesz samotnie i non stop? A Henio: No bo chcę być pierwszy, który to zrobi. Ja: A gówno prowda. Już to pięciu wariatów, z niejakim Robinem Knox-Johnstonem, zrobiło. W najlepszym razie będziesz szósty. Henio: No ale będę pierwszy Słowianin. Ja: Jasne. Poza tym będziesz pierwszy z Przemyśla, pierwszy z parafii, pierwszy inżynier budowlany, pierwszy łysy z brodą, pierwszy ojciec dwóch córek. Powiedz, po co?
     Katowany przeze mnie Henio wił się przez 15 minut, w końcu pękł:
- Stary, ja czuję, że MUSZĘ to zrobić!
- No widzisz, Heniu, wreszcie powiedziałeś coś rozsądnego. Musisz? No to my cię popieramy! Co, chłopaki, piszemy elaborat?
     Wysmarowaliśmy epistołę, z której wynikało, że Henio jest geniuszem strategii oceaniczno-dookołaświatowej, Napoleonem pasatów, Nelsonem Hornu, Kruzenszternem Pacyfiku. PZŻ był zachwycony, bo wykonał naszymi rękami kawał ciężkiej, solidnej i nikomu nie potrzebnej roboty, a Henio wszedł do annałów żeglarstwa.

     2. Osoby stojące na czele PZŻ.
     Reguła była taka (we wszystkich związkach sportowych, nie tylko w PZŻ): Prezesem zostawał minister albo ktoś równie wysoko umocowany we władzach państwowych. W przypadku PZŻ-tu był to minister albo wiceminister żeglugi lub czego innego, bo żegluga była rzucana na różne odcinki, np. dołączana do Ministerstwa Handlu Zagranicznego a potem Ministerstwa Komunikacji, jeszcze później do Infrastruktury. A propos: Ireneusz Sekuła nie był prezesem. Były wyjątki, bo np. Ludwik Vogt nigdy nie pełnił żadnych funkcji w aparacie władzy, a i Staszka Tołwińskiego trudno zaliczyć do władzy, sporo najwyższe funkcje jakie pełnił, to Komendant CWMiW i sekretarz generalny PZŻ.
     Po drodze był okres nieistnienia PZŻ, bo w świetlanych czasach realnego stalinizmu obowiązywała jedynie słuszna koncepcja umacniania demokracji, więc wszystkie związki sportowe zostały zlikwidowane i wszystko wziął za mordę GKKFiT, tworząc sekcje. Przewodniczącym sekcji żeglarskiej GKKFiT został Jerzy Putrament, ale wkrótce machnął na to ręką, bo nie chciał być ozdobą. Później sekcji szefował Włodzimierz Głowacki (tak, ten od podręczników i od byłego „Rutkowskiego”).

     3. Procedury:
     Byłe dwa rodzaje rejsów: krajowe i zagraniczne. Rejsy krajowe istniały tylko u nas, bo jak wiadomo, w naszym obozie polski barak był najweselszy. Polegało to na tym, że można było pływać bez paszportu po całym Bałtyku (i nie tylko, jak się miało fantazję zwaną jajami, ale o tym za chwilę), ale bez prawa wchodzenia na obce morze terytorialne (które wtedy sięgało 3 mile od brzegu) a więc i do obcych portów. Wymyślono tzw. klauzule, czyli pieczątki wbijane do książeczki z napisem „Zezwala się ob..... na pływania morskie w okresie od ... do...”.
     Klauzule wydawały wydziały kultury fizycznej urzędów wojewódzkich. OZŻ-ty robiły tylko za listonosza. „Od - do” to było od początków maja do 30 listopada, bo tylko w tym czasie ogłaszano urzędowy sezon żeglarski. Jak ktoś chciał pływać w kwietniu, albo w grudniu, musiał przejść niezłą ścieżkę zdrowia, aby uzyskać jednorazowe zezwolenie na przepłynięcie stąd-dotąd. Paranoja polegała na tym, że jak w danym roku książeczki z OZŻ trafiały do WKKFiT-u późno i wstemplowano tam datę np. od 16 maja, to przez 5 lat żeglarze z tego województwa mieli w plecy, bo sezon zaczynał sie oficjalnie 1 maja, a oni musieli czekać do 16. Na początku klauzula była ważna na dany rok. Później (gdzieś pod koniec Gomułki) wbijano już klauzule 5-letnie.
     Do tego był potrzebny jeszcze jeden dokument, o którego istnieniu znaczna część żeglarzy nie wiedziała, bo dokument był niejako „poza nimi”. Był to tzw. wykaz upoważnionych, tzn. lista kapitanów, którzy mieli prawo w danym roku prowadzić rejsy. W zasadzie była to lista tych, którzy mieli patenty, ale nie całkiem, bo nie umieszczano na niej kapitanów, którzy mieli ograniczenia z tytułu orzeczeń izby morskiej lub komisji dyscyplinarnej PZŻ. W kwietniu PZŻ przesyłał taką listę do dowództwa WOP. WOP to rozsyłał do wszystkich swoich placówek granicznych. W rezultacie przychodzący na odprawę na jacht WOP-ista miał cały segregator listą upoważnionych i wzorami podpisów urzędników od klauzul z 17 a potem z 49 województw.
     Należało wtedy omijać Władysławowo, bo tam upierdliwość WOP-istów była sławna na cały Bałtyk i okolice. Mnie kiedyś wystawiono na keję załoganta z Rzeszowa, bo WOP-ista się dopatrzył, że podpis urzędnika rzeszowskiego na klauzuli ma ostatni ogonek jakby trochę dłuższy, niż na wzorze podpisu. Powiedziałem chłopakowi na odchodne, żeby jechał autostopem do Łeby, to go tam jutro zabierzemy. I tak się stało.
     Dość popularne było naruszanie przepisów w postaci zawijania w rejsie krajowym na Christianso. Jeśli kapitan miał prawie pewność, że w załodze nikt nie płynie „służbowo”, wchodził do miniporciku na Christanso. Puszczało się oko do hafenmajstra i wszyscy wiedzieli o co chodzi. Czasem tylko trzeba się było szybko ewakuować, bo nagle przylatywał hafenmajster z okrzykiem: Chłopaki, spieprzajcie północnym wyjściem, bo z południa idzie jakiś polski jacht!
     Gdzieś tak na początku Gierka wprowadzono tzw. wkładki paszportowe, ważne razem z dowodem na demoludy, zwane oficjalnie krajami socjalistycznymi. Wówczas można było na to pływać do NRD-owa i ZSRR. (Że trzeba było jeszcze mieć „wyzow” czyli zaproszenie od radzieckiego „jachtkłuba” - to już inna sprawa). Dziś powiedzielibyśmy „kapitan z jajem” ale wtedy to był kapitan z co najmniej sześcioma jajami! Otóż był to Zdzisio Paska, który na „Magnolii” ze szczecińskiego Pałacu Młodzieży odbył ambitny rejs non-stop ze Świnoujścia do Murmańska i Archangielska i nazad. W książce Urbanyi'ego jest on we wkładce pod pozycją 50 z adnotacją „Pierwsze polskie dojście na Morze Białe i do Archangielska bez zachodzenia do portów pośrednich”. He, he, he. Nie mógł nigdzie zawinąć, bo oni byli bez paszportów! Wyszli z założenia, (to się później nazywało falandyzacją prawa) że skoro na wkładkę można do portów radzieckich, a Murmańsk i Archangielsk to porty - jak by nie było - radzieckie, no to „pajechali, rebiata!” Wysokie jury przyznające „Rejs Roku” też rżnęło głupa i - jak gdyby nigdy nic - przyznało Pasce II nagrodę. Formalnie - naruszeniem przepisów było tylko przejście przez cieśniny duńskie, bo to jednak było morze terytorialne państw - o zgrozo - kapitalistycznych.

     4. Rejsy zagraniczne.
     Rejsy za prywatne pieniądze praktycznie nie istniały. GKKFiT przydzielał PZŻ-towi tzw. cenne dewizy na cały rok. PZŻ liczył, ile tego trza na różne regaty (priorytet), a to, co pozostało, dzielił na rejsy zagraniczne. Tyle dostaną harcerze, tyle studenty, a tyle żeglarze z klubów PTTK-owskich itp. Nieprawdą jest to, co wyżej napisał któryś z Kolegów, że jak ktoś nie miał stopnia - to won. Jak już PZŻ zatwierdził rejs i przydzielił dolary, to już nie wnikał, kto z klubu płynie. Inna rzecz, że same kluby raczej starały się obsadzać załogantów z kwalifikacjami niż bez, ale formalnego zakazu dla bezpatentowców nie było.
     Paszporty i wizy: Paszporty dostawało sie tzw. popierane. Było to o tyle istotne, że nie trzeba się było wykazać zaproszeniem od kogoś z Zachodu. W różnych okresach po powrocie paszporty te były przechowywane w lokalnym biurze paszportowym, albo centralnie w COS-ie (Centralny Ośrodek Sportu). Z wizami było... znacznie łatwiej, niż przy wyjazdach prywatnych. Dziś brzmi to niewiarygodnie, ale upierdliwość niektórych konsulatów była znacznie większa, niż polskich władz paszportowych. W przypadku rejsów sprawa była właściwie z głowy, bo albo załatwiał to wyznaczony członek załogi dla wszystkich, albo oddawało się kwestionariusze wizowe dziewczynom w PZŻ i one załatwiały to hurtowo, omijając (dzięki znajomościom) kolejki w konsulatach. (Ach jak miło brzmiały pytania w kwestionariuszach: czy masz zamiar zamordować prezydenta Stanów Zjednoczonych? albo rubryka „wyznanie babki”).
     Miłe, choć - niestety - z racji odległości mało wykorzystywane wyjątki: Otóż dwa kraje: Hiszpania i Portugalia, na serio traktowały nasze książeczki żeglarskie, tzn. na równi z zawodowymi „Seamansbookami”. Przed rejsami do tych krajów uprzedzałem załogę, żeby nie załatwiała wiz (hiszpańskie - nota bene - były koszmarnie drogie). Przed wejściem do portu chowałem paszporty głęboko do szuflady, na kartce papieru pisałem nową listę załogi z numerami książeczek, podpisywałem, stawiając stempel „Master of...” i imigrejszeny z Półwyspu Iberyjskiego były całkowicie „satisfajd”.

     Aha! W PZŻ istniała od „zawsze” komisja historyczna. Skontaktuj się z nią. Mają tam masę ciekawych materiałów.

UFFF!!! Alem się rozpisał!
Powodzenia!

     Janusz Zbierajewski

wróć na początek strony...




KARAIBSKI PORADNIK RYBNO-WĘDKARSKO-KULINARNY
(Special edition for Iwa)

     1. Barakuda. Długa, wąska, szybka, drapieżna. Wyjątkowo durne bydlę. Wystarczy ciągnąć cokolwiek, co błyszczy. Może być łyżka do zupy, byle z nierdzewki i z haczykiem na końcu. Draństwo, jak się złapie, głupieje totalnie i daje się lekko wyciągnąć, nie stawiając oporu. W smaku średnia. Kudy jej do śledzia!

     2. Ryba, przy której Bogna Katarzyna dwojga imion - to cienka Bolkowa. Ona ma 5 nazw: koryfena, dorada, złocista makrela, po włosku - lampuga, a tu się nazywa mahi-mahi. Duże, złocisto-zielone stworzenie, które pod wodą osiąga w ataku do 50 węzłów. Dlatego ryby latające spier....ją przed nią w powietrze, bo w wodzie nie mają szans. Atakuje wszystko, co błyszczy i też głupieje po złapaniu. Wyciągnąć kołowrotem 12-kilowe bydlę - żaden problem. Bardzo smaczna, mięso delikatne po usmażeniu, ale daleko jej do śledzia.

     3. Wahoo-wahoo. Bardzo podobna do barakudy. Odróżnić można tylko po tym, że barakuda jest srebrzysta z szarym grzbietem, a wahoo-wahoo ma od tego grzbietu szare pręgi do brzucha i wygląda jak zebra. Na haku walczy dzielnie i trzeba się trochę namęczyć żeby draństwo wyciągnąć. Mięsko - pycha, ale śledziowi nie dorównuje.

     4. Tuńczyk. O, dzielne bydlę. Krótkie, pękate, kształt torpedy, ani grama tłuszczyku, same mięśnie. Ostry fighter. Wyciągnąć 8-kilowego tunę-fisha - to godzina ciężkiej roboty. Mięso smaczne, chociaż trochę za suche i zdecydowanie przereklamowane. Kudy mu tam do śledzia!

     5. Węgorz. Trudny do złapania, bo to powolne draństwo, w czasie płynięcia (jachtu) nie może dogonić przynęty. Trzeba na postoju zarzucać wędkę. Smaczny w każdej postaci. Węgorz wędzony - najlepsza ryba na świecie. Zaraz po śledziu!

wróć na początek strony...




NIE PRZYWIĄZYWAĆ DO CZEGOŚ WAGI

     anonim - zastanawiajacy sie jak np. Amerykanin uzywajacy slownika polsko-angielskiego przetlumaczylby „nie przywiązywać do czegos wagi”.

     Mój drogi Anonimie
     My expensive Anonymous

zwierzę Ci się:
I will animal to you:

Nie chcę zawracać ci głowy
I don't want to turn back your head

bo w zasadzie nie dyskutuję z anonimem
because in alcali I don't discuss with the anonymous

ale Ty jesteś równy chłop
but you are equal peasant

więc żeby przełamac pierwsze lody
for breaking down the first ice-creams

pójdę Ci na rękę
I shall go on your hand

i wyłożę Ci kawę na ławę
I shall take you coffee on the table

chociaż gówno mnie to obchodzi
although shit is walking around me.

Powiem Ci bez ogródek
I shall tell you without small gardens:

„nie przywiazywac do czegoś wagi” - to po angielsku:
„not to tie weight to something”.

Wierzę, że podzielasz moje zdanie
I tower, you divide my sentence

Pokój z Tobą
The room with you.

Ja-nusz Zbieraj-ew-ski
I-knife Collect-eff-narty

     To było serio, a teraz pożartujemy:

     Puryści techniczno-językowi w narodach anglojęzycznych mają taki podział:

Capstan - to kabestan o osi pionowej
Windlass - to kabestan o osi poziomej do wciągania łańcucha kotwicznego
Winch (anchor winch)- to kabestan do wciągania liny kotwicznej

     Praktyka językowa jest nieco inna. Określenia capstan używa się do urządzeń dużych, takich jak na Zawiasie, Pogorii czy na statkach. Ręczny lub elektryczny kabestan na jachcie - to windlass lub winch, używane wg zasady „co kto lubi”, bez względu na to, czy wciąga linę czy łańcuch. BTW: łańcuch kotwiczny - to po angielsku anchor cable, po amerykańsku anchor chain. Obie formy są zrozumiałe i nie jest błędem powiedzenie do Anglika „anchor chain”. Zrozumie!
Dotyczy to kabestanów w naszym (morskim) pojęciu, bo już na przykład kołowrót przy studni - to windlass, a nie capstan.

Pozdrawiam

     Janusz Zbierajewski

wróć na początek strony...




MIĘSKO

     Roman Rumpel napisał:

     Czosnek w konserwie ma znaczenie wyłącznie smakowe, niech nikt nie liczy w jego wystarczające działanie bakteriobójcze.

     R co sie zastanawia z A czy robić takie słoiki, jakie wozi w góry, na wyjazd czerwcowy. ;)

     --------------------------------------------------

     Janusz odpisał:

     Robić, robić, tylko potem uważać!

     Uwaga! Autentyk!
     Komediodramat w 1 akcie:

Czas akcji: Zamierzchłe czasy, kiedy to śp. Janusz Sydow właśnie uzyskał patent kapitana bałtyckiego, a ja byłem jeszcze jsm.
Miejsce akcji: zapyziała Wega, wprawdzie kadłub przeciekał, ale za to nie było silnika, czyli - na owe czasy - normalka.
Dramatis personae: Janusz Sydow, Janusz Zbierajewski i 6 innych załogantów.

     Mój przyjaciel i imiennik Sydow postanowił pozbawić się kapitańskiego dziewictwa wypływając w okrutne morze. Stwierdził przy tym, że on, jako typowy hedonista, lubi się wysypiać, więc ja muszę robić za pierwszego oficera.
     Tak się też stało.
     Stan legalności rejsu był - jak to często bywało - połowiczny, tzn. wychodziło się z polskiego portu legalnie do bólu: i KB w porządku, i kapitan, i sternik morski, i dwóch sterników jachtowych p.u., i klauzule w książeczkach i odprawa graniczna. Dalej już było mniej legalnie, bo płynęło się np. pod Kopenhagę, ewidentnie wchodząc na wody terytorialne innego państwa i to - jak by nie było - kapitalistycznego.

     Tu nie od rzeczy będzie wyjaśnienie niektórym PT grupowiczom, że były kiedyś takie czasy, że jachtem dawało się dopłynąć nie tylko do Kalmaru, Karlskrony, Kłajpedy, ale również do Kopenhagi! Tak było! Mam na to świadków!

     Załoga dostała wcześniej polecenie zrobienia schabowych w wekach. I zrobiła. Któregoś tam dnia rejsu, kolejny załogant, na którego przypadł zaszczyt zrobienia obiadu, otworzył słój i - okazało się - że osoba robiąca ten specyjał puściła fuchę. Kawałek mięsa wystawał ponad smalczyk i - nie bójmy się tego określenia - leciutko zzieleniał.
     No i zaczęła się dyskusja, co z tym fantem zrobić. Rozsądek nakazywał wypieprzyć to wszystko do wachy, z drugiej jednakowoż strony - wyrzucić osiem wspaniałych schaboszczaków? Serce się kraje. To niby po to któryś załogant odstał parogodzinną kolejkę w mięsnym, korumpując ekspedientkę czekoladką, żeby teraz jego krwawicę wrąbały dorsze???

     Zgromadzenie Ogólne Jachtu, po jakże ożywionej dyskusji uchwaliło, że trzeba to na kimś wypróbować. Jeden zje, a reszta odczeka, obserwując pilnie stan królika doświadczalnego. Kto ma być tym królikiem? Oczywiście pierwszy oficer. Skoro nie gotuje i nie zmywa garów, to może by się poświęcił pro publico bono...

     Ja się zgodziłem, stawiając tylko warunek, że muszę dostać tego największego schaboszczaka, żeby - w razie czego - krótko się męczyć.

     Słysząc to wszystko, Sydow oznajmił swoim niskim głosem, cedząc słowa:
- Róbta, co chceta. Ja was tylko uprzedzam, że na jachcie Zbieraj robi za sępa ścierwnika. On ma żołądek strusia. Wpieprzy garść nakrętek M8 polanych towotem i nic mu nie będzie, ale was szlag trafi.
     Cholera, wywróżył. Zeżarłem schabowego. Załoga odczekała półtorej godziny, pytając mnie co 10 minut z obłudną troską w oczętach jak się czuję. A jak się miałem czuć? Najadłem się i było mi dobrze!
     No to reszta załogi też zjadła (Sydow zrezygnował). Mnie dalej nic nie było, ale wszystkich pozostałych dopadła - excuse le mot - sraczka.
     No i było, jak w dowcipie:
- Pan pozwoli, że się przedstawię: Sraczka jestem.
- O, rzadkie nazwisko.

     Reasumując: Romuś, rób weki na wyjazd, tylko po otwarciu sprawdzaj kolorek mięska;-))

Pozdrawiam

     Janusz Zbierajewski

wróć na początek strony...




SCHODZENIE NA PSY

     Jak powszechnie wiadomo - w portach statki rdzewieją (dawniej gniły) a marynarze schodzą na psy!

     W miłym porcie La Coruna stałem kilka dni w oczekiwaniu na start do Tolszipów. Statek rdzewiał sam, ale brakowało mi spełnienia drugiej części zasady.

     Podjąłem więc wysiłki w tym kierunku. Samotne schodzenie na psy jest dość skuteczne, ale ja jestem bydlę towarzyskie, a załoga uczestniczyła była właśnie w jakimś crew party.

     Na szczęście przylazła panna Kasieńka (określenie panna w stosunku do mężatki i matki pięciorga drobiazgu jest pewnym - nie ukrywajmy - eufemizmem), redaktorka z telewizorka, która w towarzystwie operatorka podróżowała na „Darku” (znaczy – „Młodzieży”).

- Kaśka! - zapodałem bezceremonialnie. - Postanowiłem zejść na psy. Przyłączysz siem?
- COOOO???? - Zapytało zdumione dziewczę. - Na drugim końcu Europy? O dziesiątej wieczorem? W taki upał? Zejść na psy? Z Tobą? Ależ bardzo chętnie!

     Udaliśmy się więc w stronę wyjścia z portu. Pierwsza psiarnia (no, znaczy, miejsce, gdzie się schodzi na psy) była sto metrów od bramy portowej, ale miała dwie wady. W środku Klimaanlage była kaputt, a na zewnątrz stoliki stały przy bardzo ruchliwej jezdni, więc trzeba by schodzić na psy w milczeniu, bo pogadać się nie dało. Tymczasem Kaśka jest gaduła, a ja - no, sami wiecie. Trawestując Pawliaka z Samych Swoich mógłbym rzec, że o mnie wszystko można powiedzieć, ale nie to, że ja milczek jestem.

     Schodzić na psy w milczeniu??? Wykluczone!!!

     Weszliśmy więc w wąskie uliczki starego miasta. A tu??? Rozkosz dla oczu. Psiarnie jedna za drugą. Jednak pobieżny rzut oka na sytuację uświadomił nam, że chyba cała ludność tutejszej Galicji postanowiła tego dnia zejść na psy, bo o wolnym stoliku nie było mowy!

     Na trzeciej, a może na czwartej uliczce znaleźliśmy wolny stolik na chodniku należącym do psiarni. Pokazałem barmano-kelnerowi dwa palce. W Polsce Ludowej oznaczało to, że zasłużony pracownik państwowego tartaku zamawia cztery piwa. Tubylec jednak zrozumiał mój gest właściwie. Po chwili przyniósł dwie szklanki środka na spsienie, ale dodał, że schodzenie na psy bez zakąski nazywa się po hiszpańsku alcoholismo, czy jakoś tak, a on jest generalnie temu przeciwny, więc gratis dorzuca dwie minibagietki z plastrami szynki. No tej, wiecie, co wisi pod sufitem miesiącami i za cholerę nie chce ani zgnić, ani spleśnieć, mniam, mniam.

     Kiedy pokonaliśmy pierwszy stopień spsienia, powtórzyłem dwupalcowy gest. Tym razem barmano-kelner przyniósł dodatkowo (też gratis – jak podkreślił) dwie małe kokilki z kawałkami ośmiornicy w pysznym sosiku.

     Przy trzecim stopniu spsienia – dostaliśmy większe kokilki z tuńczykiem, też w pysznym sosiku.

     Im bardziej schodziliśmy na psy, tym gratisowe zakąski stawały się większe i większe. Kiedy doszło do tego, że następny stopień spsienia połączony mógł być tylko ze schabowym z kapustą, postanowiliśmy zastopować to obżarstwo. Panna Kasieńka wygłosiła jakąś tyradę, że ona nie chce, żeby to, co ma tuż poniżej pleców, przypominało szafę dębową gdańską, a karmienie mnie jest czynnością pozbawioną jakiegokolwiek sensu. Już paru kucharzy na mój widok powzięło ambitne zadanie, że starego utuczą, a po miesiącu chcieli popełnić seppuku.

     Uiściłem, co trza (o rany, jak tanio!) i wyszliśmy. Idziemy sobie spokojnie w kierunku następnej psiarni, aż tu nagle na chodniku zaatakowała nas lodziarnia. Panna Kasieńka zapewne postanowiła siem zrewanżować.

- Zbieraj, chcesz loda? – zapytała rzeczowo.
- W sensie – zrobić, czy zafundować? – usiłowałem doprecyzować pytanie.
- Świnia! – powiedziała panna Kasieńka. Nie wykluczam, że to było – nie bez racji - o mnie.

     Nie czekając na moją ostateczną decyzję, panna Kasieńka ustawiła się w kolejce. Ja stanąłem grzecznie z boku, aż tu nagle słyszę zza pleców:

- O, pani redaktor, pan kapitan, witamy, witamy, zapraszamy…

     Odwracam się i co widzę? Sąsiedni stolik należy już nie do lodziarni, tylko do sąsiedniej psiarni, a tam siedzi czwórka kucharzy z „Daru Młodzieży”, którzy też właśnie tego wieczoru postanowili zejść na psy.

     Nie było wyjścia. Przyłączyliśmy się z panną Kasieńką do „Darowych” mistrzów patelni i dalej schodziliśmy na psy, teraz już w szóstkę.

     Kiedy po jakimś czasie wszyscy uznaliśmy, że już dostatecznie zeszliśmy na psy, postanowiliśmy wrócić w domowe, pływające pielesze.

     Po wyjściu z psiarni okazało się, że psiarnia jest na skrzyżowaniu uliczek, więc zaczęła się dyskusja – w którą z czterech stron świata ruszyć. Jedna uliczka szła pod górę, druga w dół, a dwie pozostałe – poziomo.

     Kucharze przekonywali nas (większością głosów), że należy iść pod górę, bo to jest ambitne, ale wyjaśniłem im, że skoro ja się im nie wtrącam, jak należy przygotowywać wołowinę w sosie prowansalskim, to niech oni mi się nie wtrącają do nawigacji.

- Panowie! – powiedziałem. - Podstawowym kanonem nawigacji terestrycznej (od łacińskiego terra – ziemia) czyli tej, którą stosuje się na ziemi, a zwłaszcza w porcie jest zasada, że port znajduje się na ogół w najniższej części miasta, więc szukanie portu idąc pod górkę jest czynnością może i ambitną, ale pozbawioną większego sensu, no i męczącą.

     Dali się przekonać. Panna Kasieńka nie brała udziału w dyskusji. Poszliśmy uliczką wiodącą w dół i po pokonaniu dwóch zakrętów naszym oczom ukazały się dwa porty, no znaczy – port.

     Potem jeszcze była krótka dyskusja, jak odpowiedzieć na pytanie panny Kasieńki, który z tych dwóch „Darów Młodzieży”, które ona widzi, jest „Darem” właściwym.

     Pod burtą „Daru” pożegnałem zacną kompanię wychodząc z założenia, że czterech silnych (choć nieco osłabionych psieniem) chłopów wtarga jakoś pannę Kasieńkę po trapie.

     A ja udałem się na „Karolka” i – jak każdy porządny, rasowy pies, zwaliłem się na swoje legowisko.

     Tradycji stało się zadość!

Pozdrawiam

     Janusz Zbierajewski

wróć na początek strony...




BLUE SIRIUS

     Było to w czasach tak zamierzchłych, że nawet Zbieraj wpisywał do książeczki rejsy, które odbył:

     Nawiasem mówiąc - wszystkie trzy rejsy miały swoją historię: Na Zawiasie - na Milenium Isle of Man (patrz port Douglas) - wyszedłem z portu w czasie huraganu, bo się bałem, że mi wichura rozpieprzy Zawiasa o nabrzeże. To był ten słynny nagły huragan, który w czasie Fastnet Race zatopił kilkanaście jachtów. Wystarczy wpisać w wujka gugla Fastnet 1979 i wszystko jasne.
     Następny rejs, na Zewie Morza, Z Helu do Świnoujścia, odbyłem na żaglach, bo wysiadła pompa wtryskowa i serwis z Władziowa nie mógł tego naprawić.
     No a o tym następnym zara bedzie:

     Wlazłem „Zewem” do Lubeki. 200 m pustego nabrzeża, stanąłem w dogodnym miejscu.
     Po kilkunastu minutach przychodzi do mnie trapowy mówiąc, że jacyś Anglicy pytają, czy mogą stanąć alongside.

     Zdziwiło mnie trochę, dlaczego chcą stanąć przy mojej burcie, skoro maja kupę wolnego nabrzeża, ale co mi tam, niech stają.

     Wyszedłem po paru minutach na pokład i co widzę? Przy burcie stoi szkuner wielkości „Zewu Morza”, nazwa „Blue Sirius”, bandera (na oko) angielska a po pokładzie łazi trzech obwiesi w podartych dżinsach i takich samych swetrach. Łachudry, szmondaki i w ogóle morskie nurki śmietnikowe.

     Mówię do jednego z nich, żeby ten swój szpring przełożył nie tędy lecz tamtędy, a on na to, że niszt fersztejen Englisz. No to ja z tym samym tekstem do drugiego obwiesia, a on też, że niszt fersztejen. No to ja do trzeciego. Trzeci był fersztejen, więc poprawił, jak chciałem.

     Po paru minutach przyszedł do mesy ten trzeci obwieś i wyjaśnił, o co chodzi.
     Otóż on jest właścicielem „Blue Siriusa”, zarejestrował jacht na Jersey (podatki!), oni jutro przeprowadzą jacht w jakieś inne miejsce, ale na razie się spieszą, a boją się zostawić pusty jacht, bo złodzieje są nawet w kraju znanym z Ordnungu, a u mnie jest wachta trapowa, więc przypilnuje.

     - OK - powiedziałem. - No problem, znaczy siem, keine Frage :D
     - No to uprzejmość za uprzejmość - powiedział obwieś. - Zapraszam całą twoją załogę wieczorem na dyskotekę .
     - A ty wiesz, co robisz? Moja załoga to nie dwóch kumpli, jak u ciebie, tylko 26 osób!
     - W porządku - powiedział obwieś. Nie ma sprawy. Przyjadę po was samochodem o ósmej wieczorem.

     Powiedziałem załodze, że załapaliśmy się wszyscy na krzywy ryj na dyskotekę. Entuzjazm był spory, bo było to w czasach (wyjaśnienie dla małolatów), kiedy obywatel PRL, wyjeżdżając poza granice tego radosnego kraju, mógł legalnie kupić w banku 5 dolarów. Niezależnie od czasu podróży, to znaczy - jeśli na trzy dni - 5 dolarów, jeśli na miesiąc - 5 dolarów. Nieco później miłościwie panująca socjalistyczna władza, w swej nieopisanej łaskawości, podniosła ten limit o 100 procent i można była kupić 10 dolców.

     Chłopaki pozakładały jakieś lepsze (w sensie - czyściejsze) dżinsy i czekamy. Przed ósmą zza pobliskiego magazynu portowego wyjeżdża taksówka, biały mercedes, za nią druga (biały mercedes) za nią trzecia (biały mercedes) i tak kolejne. Chyba sześć albo siedem. Z pierwszej wysiada nasz obwieś: Biały smoking, mucha pod szyją, odpieprzony, jak słynny stróż w Boże Ciało.

     Krzyknąłem pod pokład:
     - Chłopaki, nie wiem o co chodzi, ale nie jest dobrze. Ogłaszam alarm mundurowy!

     Lord, zwany dotąd niesłusznie obwiesiem, wyjaśnił, że mamy jeszcze chwilę, bo on wie, że przyjechał za wcześnie, więc zdążymy się poprzebierać.

     Zawiózł nas do centrum miasta, gdzie na rzece Trave była zacumowana ogromna barka z siatkobetonu (budowana jeszcze podobno w czasie wojny, ale nie dokończona), zamieniona na „River Diskotek”, będąca własnością naszego dobroczyńcy. Właściciel przedstawił nas bywalcom dyskoteki, jako świeżo poznanych przyjaciół-żeglarzy aus Polen i było bardzo miło.

     Nazajutrz Helmut (bo tak miał na imię) przyszedł zabrać jacht i zaczęliśmy gadać przy butelczynie jakiegoś zacnego trunku.

     Otóż był to mieszkaniec NRD, który, w wieku 17 lat nawiał z raju towarzysza Honeckera do tego wrednego, kapitalistycznego NRF. Tam mu się powiodło na tyle, że ma River Diskotek, „Blue Siriusa” i trzy duże hotele w mieście.

     Ma jednak pewien istotny problem. W Enerdowie została jego matka-staruszka. O odwiedzaniu matki nie ma mowy, bo dla władz jedynie słusznej części Niemiec on jest zdrajcą i uciekinierem, a taki swołoczom wizy się nie udziela. Helmut z Mamusią Dobrodziejką wykombinowali więc taki sposób, że mamusia wykupuje raz w roku związkowe wczasy w socjalistycznej Bułgarii, a on tam jedzie jako kapitalistyczny turysta z Niemiec Zachodnich i mieszka w sąsiednim hotelu dla inostrańców już to w Warnie, już to w Słonecznym Brzegu.

     W związku z tym, chciałby się mnie poradzić, czy „Blue Siriusem” dałoby się przypłynąć do Polski. To by mu w znacznej mierze uprościło problem, bo do Stettin czy innego Swinemuende jest znacznie bliżej, niż do Warny.

     Powiedziałem, że to żaden problem. Rząd PRL chyba nic do niego nie ma, więc wizę dostanie. Mamusia też pojedzie ze związkami zawodowymi nach Volksrepublik Polen i powinno być dobrze.

     Pokazałem mu na mapach, jak wygląda całe przejście Świnoujście-Szczecin, gdzie może się zatrzymać. Okazało się przy tym, że na „Zewie” są gdzieś na dnie szuflady stare i od dawna nieaktualizowane mapy 21, 22 i 23, czyli całe przejście, więc mu je podarowałem.

     Helmut zrealizował swój plan. W następnym roku odbył rejs do Szczecina, po drodze zawinął do Trzebieży, gdzie się ostro zaprzyjaźnił z ówczesnym dyrektorem Bogdanem O. i spotykał się potem regularnie z matką w Polsce.

     I wszystko byłoby dobrze, gdyby nie przesadził. Otóż każda wizyta zaczynała się (i kończyła) odprawą graniczną i celną w Świnoujściu. Helmut urządzał z tej okazji dużą bibę, skutecznie upijając naszych funkcjonariuszy. Siebie zresztą też. Przyjaźń między Helmutem a naszymi służbami zacieśniała się coraz bardziej, zgodnie z socjalistyczną zasadą, że kwiat przyjaźni wtedy najlepiej kwitnie, kiedy się go dobrze podlewa.

     Aż nagle Helmut wpadł na pomysł, żeby - korzystając z tego, że w Polsce kontrola graniczna „Blue Siriusa” polega głównie na konsumpcji gorzały - przemycić kumpla z NRD, który też nieszczególnie kochał towarzysza Honeckera.

     Jak powiedział - tak zrobił. Kumpel przyjechał na wycieczkę do Polski, wsiadł na „Siriusa”, przed wejściem do Świnoujścia Helmut położył go w bakiście w mesie, która była przykrywana ławą do siedzenia przy stole i zaprosił WOP-istów i celników na odprawę.

     Funkcjonariusze wnosili kolejne „Prosit!” nie przypuszczając nawet, że 10 cm pod ich, pardąs, dupami, leży uciekinier z NRD.

     Pijaństwo zakończyło się, jak zwykle, postemplowaniem odpowiednich kwitów granicznych i celnych.

     Funkcjonariusze, odpowiednio znietrzeźwieni, wyszli z jachtu, Helmut z portu, a kumpel z bakisty.

     I dalej wszystko byłoby klawo, (no może poza tym, że rząd NRD szukałby długo swojego obywatela, który przekroczył granicę w kierunku Volksrepublik Polen i ślad po nim zaginął), gdyby Helmut nie zaczął się chwalić swoim wyczynem. Lokalna gazeta w Lubece zamieściła zdjęcie (sam widziałem) na którym w mesie „Blue Siriusa” kilku polskich celników i WOP-istów wznosi kieliszki, a podpis głosił, że ci idioci nie wiedzą, że siedzą na uciekinierze z NRD.

     Przez WOP i urząd celny w Świnoujściu przeszedł huragan połączony z tajfunem i cyklonem. Cała ekipa tych dwóch służb, która miała tego dnia dyżur, wylądowała w Bieszczadach, dając tym samym gwarancję, że już nigdy nie wypuści zagranicę jachtu bez dokładnej kontroli.

     A Helmut dostał bana na polską wizę. I znów musiał się spotykać z mamusią w Warnie.

     Wiele lat później spotkałem Helmuta, zupełnie przypadkowo, na ulicy w Lubece, do której zawinąłem - bodaj - „Rutkowskim”.
     - Co słychać? - zapytałem inteligentnie.
     - Kiepsko. - Powiedział smutnym głosem Helmut. - Popatrz (tu pokazał na solidną szramę na szyi) - miałem dwa bajpasy, sprzedałem „Blue Siriusa”, już nie pływam.

Pozdrawiam

     Janusz Zbierajewski

wróć na początek strony...




MORSKI ŚLUB

     Rzecz się działa 4 lata temu. Stałem zimą w Nelson's Dockyard (English Harbour, Antigua), robiąc za stangreta na pływającej karocy Jaśnie Pana.

     A że Jaśnie Państwa przez dłuższy czas nie było - wieczory (a tam są dłuuugie wieczory, bo słońce zachodzi koło szóstej) spędzaliśmy często w barze, nie bacząc na trudy dojścia do onego. Odległość od trapu do baru (zmierzona dokładnie) wynosiła 27,5 m. Przy tamtejszych temperaturach pokonanie takiego dystansu nie jest czymś banalnym. :D

     Aha, żeby nie było, że Zbieraj zawsze robi sobie jaja: Nie muszę. Jaja same się wokół mnie robią. Moje załoganty miały imiona Paweł i Gaweł. Nikt w całym English Harbour nie wierzył, że naprawdę. :lol:

     Któregoś wieczoru przysiadła się do nas sympatyczna para Maltańczyków (dobrze napisałem: Maltańczyków, nie maltańczyków), Karen i Chris. Było miło.

     W pewnym momencie, zwracając się do Karen, użyłem określenia: twój mąż, co Karen sprostowała, że to nie mąż. Są wprawdzie od dłuższego czasu parą, ale - jak by to określić - niekonkordatową. Chociaż noszą się z zamiarem pobrania.

     Spojrzała badawczo na mnie i powiedziała:
- Janusz, ty nie jesteś taki sobie zwykły skipper, ty jesteś prawdziwy kapitan.
- Ano - jestem. - Bezczelnie potwierdziłem.
- To może udzielisz nam ślubu? Hej, Chris, Janusz nam udzieli ślubu, co ty na to?
- Jasne! - odpowiedział Chris. - Jestem za!
- Devon - zawołałem do właściciela baru i barmana w jednej, dużej, czarnej osobie - zaraz ci zamienię twój bar w Marriage Hall, ale wykombinuj jakieś obrączki.
- No problem - powiedział Devon (dla niego wszystko było „no problem”). - Give me few minutes.

     Rzeczywiście, po paru minutach Devon wręczył mi dwie piękne obrączki zrobione z papierowych serwetek.
Udzieliłem im ślubu, wygłaszając stosowną formułkę, że w imieniu Neptuna etc., etc. i założyłem serwetkowe obrączki i drynkowaliśmy dalej. :lol:

     Umówiłem się z nimi, że wpadną następnego dnia rano, to wykombinuję jakieś certyfikaty i bardziej trwałe obrączki.

     Pamiętając o zasadzie Rudy Krautschneidera, że nie wszystko da się zrobić, ale wszystko da się wydrukować, napisałem tekst certyfikatu i wydrukowałem na pociętej na dwa kawałki A4 mapy wejścia do La Valetty. Pociętej tak, żeby każde z nich miało połowę portu, co miało gwarantować trwałość małżeństwa, bo jak się rozwiodą - żadne z nich nie trafi do portu.

     A za obrączki (bardzo trwałe i błyszczące) posłużyły dwa małe cybanty kupione w sąsiedniej chandlerni.

     Aha, chyba mam dobrą rękę. Przed chwilą sprawdzałem. Karen i Chris nie wzięli dotąd innego ślubu. Mówią, że ten mój im wystarczy. A certyfikat podobno robi furorę na Malcie :rotfl: :rotfl: :rotfl:

Pozdrawiam

     Janusz Zbierajewski

wróć na początek strony...




Z FORUM ZEGLUJ.NET

http://forum.zegluj.net/index.php

WIELKI PRZECHYŁ

     Mareczku opisz proszę jak dokonałeś tej sztuki. Koniecznie tu opisz!

Łukasz Szot

     -------------------------------

     Ale to nie ja. To wiatr.

     ps. Z minuty na minutę niebo stawało się coraz brzydsze, jakby Niebiosa wyczuwały, że dzieło kuka Złotego za chwilę sprofanuje lakier na stołach. Na burcie trwało błogie lenistwo i załoga snuła sie niczym smród w gaciach kontemplując krajobrazy. Nie wiadomo, czy to rozczulający widok Rozewia, czy myśl o zbliżającym się objedzie tknęła Cypisa do działań.
     Przylazł, zaczął krakać. „Marek, teraz albo nigdy, bo jak zrobię dupenklapen to mnie żadna siła z kubryka nie wyrwie. Sprzątniemy coś?”
     Tak łaził i mendził, i wykrakał :-)

     pss. Trochę później Franek Haber wytłumaczył mi jak powinno się interpretować niejednolitą szarość w jednolitej, otulającej całe niebo warstwie ołowianych chmur. Zanim Janusz zdążył wydziobać resztki kartofelków ze sweterka, to już byłem wysokiej klasy synoptycznym specjalistą od powstawania anomalii wiatrowych :-)

Pozdrawiam
Marek Grzywa

     -------------------------------

     Nie wiesz? To proste. Otóż niejaki Grzywiasty:
1. Nie obserwował nadchodzącej czarnej chmury.
2. Nie zrzucił grota.
3. Nie zrzucił foka.
4. Nie zrzucił kliwra, bomkliwra, sztafoka, grotsztaksla, bezansztaksla ani bezana.
5. Nie podniósł miecza.
6. Nie włączył silnika.
7. Nie przyjął szkwału z rufy.
8. Nie uciekł w trzciny.
9. Nie wygonił całej załogi na pokład.
10. Nie ubrał wszystkich w kamizelki.
11. A kiedy w kubryku, na prawej burcie zamienionej chwilowo w podłogę leżał przekładaniec (licząc od dołu): załogant, dwa talerze, sałatka, załogantka, buraczki, but gumowy, kartofelki, załogant, waza z resztkami po zupie, góra od sztormiaka, schabowy, koc, stołek i jeszcze coś - wyż. wym. Grzywiasty popatrzył i stwierdził z niejakim podziwem, cytuję: „- O, k.... , przyp..dziło jak w Kieleckiem.” Koniec cytatu.

     Więcej grzechów Grzywiastego nie pamiętam, ale już rozmawiałem z naszym proboszczem. Do spowiedzi wielkanocnej przyjmie Grzywiastego poza kolejką.;-))

Pozdrawiam
Janusz Zbierajewski

     -------------------------------

     Marek jest skromny,

     To było powtórzenie manewru „szkwał na Mazurach”, tym razem wariant morski.

     Płynęliśmy już do domu zadowoleni z udanego rejsu, podziwiając odległą o 2 rzuty beretem plażę w Juracie i „ciemno ołowiane chmury” widoczne po drugiej, zatokowej stronie Półwyspu. Wiało niespecjalnie, więc Zawias szedł pod pełnym ożaglowaniem dodając sobie prędkości silnikiem.

     I wtedy nastąpiła dokładna ilustracja powiedzenia, że „jak oficer ma miękkie serce, to musi mieć twardą d..ę”

     Marek zwolnił całą wachtę na obiad i został sam ze sternikiem. Kiedy spod ciemnej chmury, która wyrosła przed dziobem dmuchnęło i przygięło „Zawiasa” na burtę nie było na pokładzie nikogo do awaryjnego zrzucenia żagli. Wachta nawigacyjna, w większości rozebrana z szelek, walczyła na dole w kubryku z lawiną rozpryskującego się arcorocu, ziemniaków, plastrów mięsa i sosu, latających noży, widelców itp. dodatków.

pzdr.
jacek.pytkowski

     -------------------------------

     Patrz pozytywnie:-))) Tak przechodzi się do historii, teraz wszyscy będą postrzegali Marka jako *tego który położył Zawiasa na burcie* a jeszcze trzy pokolenia do przodu młodzi adepci wstępujący na pokład będą karmieni tą opowieścią. Oczywiście z każdym rokiem przechył będzie wzrastał aż dojdzie do 180 stopni...

Pozdrowienia
Jurek M

     -------------------------------

     No i dzięki temu wiecie jak wygląda ostra jazda bez trzymanki na Zawiasie w wydaniu Grzywiastego;-))
Pod żaglami Zawiiiiiszyyyyyy
Grzywa pływa jak w baaaaajce....c.d.n.

Zbieraj - ze wspomnieniem kartofelków (z sosikiem, z sosikiem) na klacie.

     -------------------------------

     A wspomnienie sprzątania tysiąca szplitrów z zastawy za pomocą miotełki i przewracającego się kubła,trzymając się jedną ręką stołu,bezcenne.

Jurek

     -------------------------------

     Jacek P pisze:
> Po parunastu minutach jazdy w przechyle 45o nikt z załogi już nie miał
> ochoty na kończenie obiadu.

     Ależ skąd. Po sprzątnięciu nadmiaru żagli co sprytniejsi wrócili do konsumpcji wprost z dolnych koi prawej burty. Dobre było, miejscami - jeśli akurat dostało się pod śpiwór - nawet ciepłe. Acz wystąpiły niejakie kłopoty z określeniem, czy to zupa, czy drugie.

Marcin 'Cypis' Kantorek

wróć na początek strony...




KTO TO JEST KURACENT?

     JacekBol napisał(a):

A kto to jest Kuracent?

     Jacusiu, właśnie zadałeś najgłupsze pytanie w swoim bogatym życiu :lol:
     Dalej nie wiesz, kto to jest Kuracent, ale teraz Kuracent wie o Twoim istnieniu. No to masz przechlapane!

     A ostrzegał Wieszcz:
Głupi Jacbolu, gdybyś w Bolesławcu siedział
Nigdy by się o tobie Kuracent nie dowiedział.

     Ale głowa do góry! Przygotuję Cię na spotkanie forumowe z Kuracentem. Spodziewaj się takiego tekstu:

     Ha, JacekBol! Co to znaczy? To chyba jakiś skrót. A jaki jest skrót od JacekBol? Chyba Jabol. Nie cierpię jaboli. Pijam lepsze trunki. A co to za firma Navsim? Co to może znaczyć? Nav - to chyba od Navigation, a SIM? To chyba taki czip do telefonu. Czyżby to znaczyło, że Navsim zajmuje się nawigacją telefoniczną? Czy w ogóle jest taka nawigacja?
     Chyba jest, bo Stara Zientara pisała, że jak przeleciała Atlantyk i nie wiedziała czy trafia w Anglię czy we Francję, to włączyła telefon i wyświetlił sie BTS po francusku. Widać Stara Zientara lubi po francusku. Ja też lubię, ale się brzydzę.
     Swoją drogą, jak by ta Stara Zientara miała na pokładzie Regulamin Służby Morskiej Statku Sportowego, to by od razu i bez telefonu wiedziała w co trafia!
     Zobaczmy, czym ten cały Navsim się zajmuje. Włączam program. O kurczę, tu są jakieś GRIB-y. Co to jest GRIB. RIB - to wiem, taka łódka. A G-RIB? Że niby gówniana łódka? No jasne, to jakaś rozpadająca się pychówka.
     O, ten grib podaje ciśnienie. Po co? Dlaczego w hektopaskalach? Przecież językiem międzynarodowym na morzu jest angielski. Anglicy wiedzą, kto to był Paskal, choć go nie lubią, bo to Francuz, ale na pewno nie wiedzą, kto to był Hekto. Musżę zadzwonić do Navsimu, żeby ciśnienie podawali w funtach na cal kwadratowy.
     Po angielsku „na cal kwadratowy” to „per square inch”. W skrócie - psi. Psi - to taka grecka litera, a dwie litery - to psi psi. Zaraz, zaraz, psipsi - u dzieci oznacza siusiu. Chyba jednak Navsim zajmuje się utylizacją ścieków. Podoba mi się. Jestem za ochroną środowiska. Co o tym sądzicie?

     Drogi Jacku, Kuracent jest postacią wybitną. Jego osiągnięcia teoretyczne, praktyczne, analityczne i empiryczne trafiły już pod strzechy poezji. Poeci piszą o nim Dzieła.

     Oto przykład wybitnego Dzieła wybitnego Poety:

Wszystko nam rośnie wszystko się zmienia,
Osiągi coraz bardziej podniebne,
Tutaj badania, tam - doświadczenia,
Tylko czy aby wszystkie potrzebne?

Docent Kuracent na seminarium
Wraz z asystentem, Janem Panicznym,
Dręczyli rybę pięć lat w akwarium
Prądem tresując ją elektrycznym.

I doświadczenia robiąc najdziksze
A teraz dumą ich to nastraja
Że biedna ryba siada na ikrze
Jak jaka głupia kura na jajach.

Jedni się trudzą, inni im płacą,
Prądu wychodzi ilość niezgorsza,
A ja się pytam: - komu to, na co,
Że mamy kwokę z samicy dorsza?

Są wprawdzie pewne uzasadnienia,
Kuracent dowiódł mi w sposób gładki
Że po piętnastu latach siedzenia
Rybie wyrosnąć mogą pośladki.

Że w jej potomstwie się to utrwali
I że dzień taki jest już bliziutko,
Kiedy będziemy w knajpie wołali:
- Proszę pół litra i rybie udko!

Ale niestety, dziś w czasie tarła
Ta ryba - widać spryciara duża -
Bez dania racji wzięła i zmarła
Zanim wyrosła jej dupa kurza.

Jednak Kuracent nasz nie rozpacza,
Kiedy na obiad zjadł talerz zupy,
Właśnie dorwawszy gdzieś szopa-pracza
Wsadził draniowi grzałkę do dupy.

Teraz go śledzi, mierzy suwmiarką,
Eksperymenty różne wyczynia......
Co z tego będzie? Pralka z suszarką,
A jak szop zdechnie, to będzie świnia! :D :D :D

Pozdrawiam

     Janusz Zbierajewski

wróć na początek strony...




POKRĘTNA LOGIKA

     Cypis napisał(a):

Od teraz, jak mniemam, jak ktoś będzie zarzucał Kuracentowi brak logiki -- to też mu tak ładnie wytłumaczysz? :lol:

     Ależ Cypisku, po pierwsze primo - Kuracentowi zarzucano różne rzeczy, ale nie akurat brak logiki.

     Po drugie primo - nie powinieneś kpić z mojej logiki, bo żyjesz w mieście, w którym Fabryka Samochodów Osobowych leży w dzielnicy Pelcowizna, więc nazywa się „na Żeraniu”.

     Pływasz po Zatoce Gdańskiej, w której port leżący najbardziej na południe nazywa się Port Północny

     Żyjesz w mieście, w którym zachodnia część Ursynowa nazywa sie Ursynów Północny, a północna część nazywa się Ursynów Stary.

     Żyjesz niedaleko miejscowości Michałowice (obok Ursusa), w której ulica Raszyńska kończy się w polu, a ulica Polna prowadzi prosto do Raszyna.

     Używasz języka, w którym facet leżący między deskami nazywa sie nie deszczyk, lecz nieboszczyk, a jak coś szczy z nieba to nie jest nieboszczyk tylko deszczyk.

     W oparciu o powyższe (i liczne inne) dane, twierdzę, że logiczne jest, iż żeglarskie poniedziałki w TzH odbywają się we wtorki w Korsarzu. I tego siem bendem 3mać, mać, mać.

     I Ty, bezczelny Cypisie śmiesz twierdzić, że moja logika jest pokrętna???? :lol: :lol: :lol:

Pozdrawiam

     Janusz Zbierajewski

wróć na początek strony...




PAMIĘTNIK ZNALEZIONY W ZGLISZCZACH

     Chyba założę nowy wątek:

     Pamiętnik znaleziony w zgliszczach
     (Wspomnienia popożarowe Kuracenta):

     Płyniemy. Kuk smaży placki ziemniaczane. Będzie mniam mniam. O kurczę, zapalił mu się tłuszcz na patelni! Gdzie jest gwizdek, bo muszę ogłosić alarm pożarowy. Aha, gwizdek jest w kamizelce ratunkowej, ale gdzie jest kamizelka? Aha, jako człowiek przezorny - mam ją na sobie. Jaki jest sygnał? Dwa krótkie i długi czy dwa długie i krótki?

     Chyba jednak to pierwsze, bo dwa długie i krótki oznacza „zamierzam wyprzedzić was z waszej prawej burty”, a ja nikogo nie wyprzedzam. O, cholera, kuk spieprza z kambuza. Ja też! Chyba jednak wyprzedzę go z jego prawej burty. To może jednak najpierw nadam dwa długie i krótki, a potem dwa krótkie i długi.

     Zaraz, zaraz, co pisał ten Szwarceneger, czy jak mu tam? Najpierw zamknąć dopływ gazu. Gdzie jest butla, aha, jest w bakiście. Muszę iść na rufę. O rany, na klapie bakisty siedzi sternik. Złaź z klapy, bo muszę się dostać do butli z gazem! Uważaj idioto, bo strzelisz rufę. Miałeś podnieść dupę, a nie rumpel!

     No, jest butla, ale cholernie głęboko. Nie sięgnę. Paweł, ty masz dłuższe ręce, chodź tutaj i zakręć zawór, bo ja nie sięgam. No, zawór zakręcony, ale pożar coraz większy. Właściwie, to dlaczego ten cały Szwarceneger każe zakręcać zawór na butli, skoro pali się tłuszcz na patelni? Muszę to przemyśleć!

     Teraz gaśnica. Nie, Szwarceneger nie pisał nic o gaśnicy. Ma być koc przeciwpożarowy. O rany, nie ma koca. No to mąka. Gdzie jest mąka? W szafce w kambuzie, ale szafka już się pali, jak się tam dostać?

     Jeszcze powinna być mąka w drugiej bakiście, ale nie ma!!!!

     Wszystkiemu winna na wredna małpa Leszczyna, która zabroniła zabrać 12 kilo mąki.

     I czy ja teraz mam gasić pożar???? Ratunkuuuuu!!!

     Jak sądzicie, czy można gasić pożar w kambuzie octem balsamicznym???

     Cholera, Leszczyna ocet balsamiczny też wyrzuciła z jadłospisu.

     Co robić? Aha, to dzieło Lenina. Nie tylko, Czernyszewski też napisał „Co robić?”
A teraz problem Kuracenta: co robić?

     Jest przecież UKF-ka. Tylko czy mogę jej legalnie użyć? Czy mam przy sobie świadectwo SRC?
No, na szczęście zabrałem, mogę używać UKF-ki. Uff!!

     Włączamy 16. Mejdej, panpan, sekurite, paracetamol, nadmanganian potasu, mąka krupczatka, czy ktoś mnie słyszy?

- This is Polish Search and Rescue. May I help you?
- Panowie, jeśli ta anakonda stoi w Babich Dołach, to niech tu przyleci. Tylko niech najpierw chłopaki skocza do Kerfura i kupią zgrzewkę mąki.
- A po co panu mąka?
- Bo mam pożar w kambuzie.
- Panie kapitanie, w przychodni portowej w Gdyni psychiatra przyjmuje od ósmej do szesnastej. Zapisać pana?

     Co za bezczelny typ. Robi sobie jaja. Czyżby Zbieraj chałturzył na pół etatu w SARze?

     Huraaaa! Maciek znalazł jeszcze jedną torebkę z mąką. Zaraz ugasimy.

     Otwieram torbę i siup do kambuza w ten ogień.

     O rany, ale dupło! Wiedzieliście, że pył mąki jest wybuchowy??? Przecież to jest niezgodne z tym, co pisał Szwarceneger!

     W sumie - Leszczyna nie miała racji. Mąka jest na morzu bardzo przydatna.

     Do produkcji jachtów otwartopokładowych. :lol: :lol: :lol:

Pozdrawiam

     Janusz Zbierajewski

wróć na początek strony...




DEFINICJE REGATOWE

     Oho, zaraz stworzymy podręcznik „Jak zostać mistrzem regatowym w weekend?” (Special edition for Kuracent)

     Trzeba by zacząć od podstawowych definicji:

     Regaty - zmuszanie jachtu do pływania po określonej, na ogół bezsensownej trasie, w możliwie najkrótszym czasie, w towarzystwie innych robiących to samo. Gra kończy się zwykle kolizją, wywrotką, wypadnięciem za burtę, lub - w najlepszym wypadku - protestem złożonym w Komisji Regatowej.
     Zakryty z przodu (błąd językowy. Powinno być: zakryta z przodu) - kobieta wyznania muzułmańskiego w kwefie. Związku z regatami nie wykazano.
     Bezpieczny z tyłu - mężczyzna hetero wśród gejów, oparty plecami o ścianę.
     Krycie - W wojsku - okopanie się, w weterynarii - doprowadzenie samicy do samca i osiągnięcie początkowej fazy przydłużania gatunku. W regatach - nie bardzo wiadomo.
     Kurs właściwy - Kierunek działania zależny od kierownictwa partii, do której zawodnik należy. Regaty, w których jednocześnie biorą udział zwolennicy PIS-u, PO, SLD i innych - określane są zwykle mianem wyborów.
     Protest - próba wykazania w czasie regat, że nasz najbliższy konkurent jest idiotą. Protest złożony po przecięciu linii mety jest próbą wykazania, że wszyscy nasi konkurenci są idiotami.

     Macie jeszcze jakieś fachowe słowa do zdefiniowania? Chętnie pomogę. Bez oporów, bo się na tym nie znam :lol: :lol: :lol:

Pozdrawiam

     Janusz Zbierajewski

wróć na początek strony...




SZCZELINOMIERZ

     Moniia napisał(a):
abstrahując do czego komu był ten szczelinomierz, faktem jest że był niezbędny

     Moniia napisał(a):
Jasne, że lepiej mieć szczelinomierz na pokładzie

     Olek napisał(a):
przyłączam się, podaj 5 lepszych sposobów :)

     Marek napisał(a):
nie mam pojęcia, po co ktoś miałby mierzyć szczelinę w świecy zapłonowej.

     Ech, małolaty analityczno-przenaukowione! A było to tak:

     Kiedy wróciłem byłem z wojny japońskiej, za moje zasługi położone w bitwie pod Cuszimą Jego Impieratorskoje Wieliczestwo Car Wszechrusi wynagrodził mnie sowicie. Wkrótce potem, za niewielką część tej nagrody nabyłem pojazd mechaniczny, nazywany Syrena 105 L. Litera L w tym przypadku oznaczała Luxus. Przejawem onego luksusu były odchylane fotele oraz wajcha do zmiany biegów w podłodze.

     Pojazd ów miał trzycylindrowy silnik rodem z pompy strażackiej (proszę się nie śmiać, to nie dowcip!). Silnik był dwusuwowy, więc zaworów nie trzeba było regulować szczelinomierzem :D , ale bydlę miało trzy świece.

     Świeca ma to do siebie, że po jakimś czasie przeskakująca iskra, zabierając z sobą mikrokawałki metalu, powoduje zwiększanie się przerwy między elektrodami. Przerwa się zwiększa, iskra słabnie, silnik rzęzi i prycha, znaczy nie jest najlepiej.

     W normalnych warunkach właściciel pojazdu idzie do sklepu, kupuje trzy nowe świece, wymienia stare na nowe i po problemie.

     No, ale tu wystąpiło coś, co połączyło Ser Robina i mnie. Otóż Sera problem świec dotknął na morzu, a mnie w realnym socjalizmie.

     Zgodnie z moja teorią, że na morzu - jak w socjalizmie: głodno, chłodno, rzygać się chce, a wysiąść, q...a, nie można, staliśmy się współtowarzyszami niedoli.

     On nie mógł nabyć nowych świec, bo na morzu nie ma sklepów, a ja miałem sklepy socjalistyczne, w których nie było świec. (Informacja dla małolatów: w całym Tesco nie było świec! :lol: :lol: :lol: )

     Ser Robin rozwiązał problem naukowo i metodycznie: podzielił cale na funty, psi na fi, uwzględnił krzywą Napiera, całkę Legranda, współczynnik rozszerzalności wilgotnościowej celulozy itp. A że miał ryzę papieru - zrobił to, co zrobił, a cytuje jego osiągnięcia Moniia.

     Ja zaś, jako prosty chłop, nie mając ryzy papieru (informacja dla małolatów: w całym Tesco nie było papieru w ryzach :lol: ) wykręciłem świecę, dotknąłem obudową świecy bloku silnika i poprosiłem kumpla, żeby zakręcił starterem. Kumpel zakręcił. Moje podejrzenia okazały się słuszne. Iskra między elektrodami była ledwo, ledwo.

     Ja zaś, jako prosty chłop, nie mając ryzy papieru (informacja dla małolatów: w całym Tesco nie było papieru w ryzach :lol: ) wykręciłem świecę, dotknąłem obudową świecy bloku silnika i poprosiłem kumpla, żeby zakręcił starterem. Kumpel zakręcił. Moje podejrzenia okazały się słuszne. Iskra między elektrodami była ledwo, ledwo.

     Przystąpiłem do naprawy urządzenia. Wyjąłem świece z gniazdka w kablu, postawiłem na betonie i młotkiem (nie, nie żaden tam large hammer, czy inszy MPK, czyli Młot Pińć Kilo. Po prostu zwykły mały młoteczek) stuknąłem lekko parę razu w minusową, tę zagiętą pod kątem prostym elektrodę. Powtórzyłem operację z elektrodą przy bloku silnika i kumplem za kierownicą z kluczykiem w ręku. Iskra była wyraźnie silniejsza, ale jeszcze - na oko - za mała. Powtórzyłem całą operację łans egejn. O kurde, ale była iskra! Gdybym miał Kuracentowe kilo mąki - pół miasta bym wysadził!

     To samo zrobiłem z pozostałymi świecami. Syrena nabrała wigoru. Od tej pory (przez następne parę tysięcy kilometrów) przestała być skarpetą. To była Beżowa Strzała! Pantera Polskich Szos!

     A teraz, po dogłębnym zapoznaniu się z Kuracentowym problemem, mam pytanie: Chłopaki, nie wiecie przypadkiem, jakiej wielkości musi być szczelina między elektrodami świec „Syreny”? Bo ja do tej pory nie wiem.

     Aha, jeśli ktoś wie, niech uprzejmie zachowa tę wiedzę dla siebie, ewentualnie prześle te dane Kuracentowi, ale na PW.

     Ja nie wiem i dajcie mi spokojnie umrzeć z tą niewiedzą :lol: :lol: :lol:

Pozdrawiam

     Janusz Zbierajewski

wróć na początek strony...




ZABIJANIE KARPIA

     Milena napisał(a):
byłoby jak znalazł na wigilię

     Milenko, rozumiem, że rozbieranie świniaka masz zaliczone, ale przed Wigilią czeka Cię jeszcze - wg Twojej nomenklatury - rozbieranie karpia.

     Oto kilka porad w tej sprawie:

     1). SPOSÓB PSYCHOLOGICZNY - podchodzimy do wanny, w której pływa beztrosko karp i znienacka pokazujemy mu kalendarz z zakreśloną czerwonym pisakiem datą 24 grudnia. 99,99% karpi umiera na zawał.

     2). SPOSÓB NA NIE FAIR PLAY - idąc do domu z karpiem, udajemy, że niechcący siatka wpada nam pod nadjeżdżający autobus.

     3). SPOSÓB DLA PALĄCYCH - wyciągamy korek z wanny i spokojnie wychodzimy na papierosa.

     4). SPOSÓB WOJSKOWY - do wanny wrzucamy granat. Łuski zeskrobujemy ze ścian.

     5). SPOSÓB TOWARZYSKI - rozpijamy z karpiem flaszkę, po czym tłumaczymy mu, że nie ma on już dalej po co żyć, ponieważ jego dziewczyna zdradza go z innym w wannie u sąsiada.

     6). SPOSÓB DLA TCHÓRZLIWYCH - do wanny z karpiem wrzucamy włączoną suszarkę do włosów. Uwaga, należy upewnić się, że podłoga w łazience jest sucha.

     7). SPOSÓB DLA SADYSTY - młotkiem ogłuszamy karpia, miażdżąc mu czaszkę, a następnie tasakiem odrąbujemy mu głowę.

     Możesz jeszcze próbować . . . UTOPIĆ karpia ! :D

Pozdrawiam

     Janusz Zbierajewski

wróć na początek strony...




ŻYCZENIA ŚWIĄTECZNE

     Wiedziony Waszym owczym pędem, też chciałem Wam złożyć życzenia.

     Niestety, dopadł mnie dzisiaj nagły i niespodziewany atak kuracentyzmu :evil:

     Ha, życzenia! Świąteczne! Ale jakie? Bożonarodzeniowe czy Wielkanocne? A może Noworoczne? Muszę sprawdzić w kalendarzu.
     Sprawdziłem. Jednak to Boże Narodzenie. Bądźmy ściśli: Wigilia. Ale według jakiego czasu?
     GMT? UT? CET? Zulu? LT? A tak w ogóle, to dlaczego ma być według naszego czasu? Ci w Japonii już zdążyli wytrzeźwieć, że nie wspomnę tych z Fidżi.
     Dostałem życzenia od Gagi. Zdalne, po pojechała do Piły. Pewnie jest z tego rada, bo nie ma jak Święta w gronie rodzinnym. Ale ona jest human, a human to też zwierzę. Czy Gaga będzie mówiła ludzkim głosem o północy?
     Chyba założę nowy, rymowany wątek:

     Zastanówmy się przez chwilę:
     Rada Gaga gada w Pile?

     Proszę, wypowiadajcie się. Ale wyłącznie merytorycznie!

     W radiu leci Andrzej Dąbrowski: „A w kominie szuru-buru...”
     To mnie zainspirowało. Założę nowy wątek:
     Czy naszemu Buru Kocuru też w kominie szuru-buru?
     Proszę, wypowiadajcie się. Ale wyłącznie merytorycznie!

     Zadzwonił Grzywiasty. Skarżył się, że go Ruda objechała, bo kupił choinkę i nie zauważył, że ona (to znaczy choinka, nie Ruda) ma dwa wierzchołki.
     To mnie zainspirowało. Jak myślicie, czy słowo katamaran dotyczy tylko łodzi?
     Czy może być katamaran-choinka?
     Proszę, wypowiadajcie się. Ale wyłącznie merytorycznie! Wszystkie offtopy przeniosę do innych działów :evil:

     Zaraz, zaraz, co to ja miałem? Aha życzenia!

     No to Wszystkiego Najlepszego! :spam: :yellow: :green: :lol:

Pozdrawiam

     Janusz Zbierajewski

wróć na początek strony...




PIOSENKA DLA KURACENTA

     Oto nowa, Kuracentowa wersja przeboju Alicji Majewskiej:

     Być z kobietą, być z kobietą - marzę będąc Kuracentem.
     Może lepiej być z mężczyzną, bo kobiety są nadęte?
     Z babą mogę wszystko: mogę kochać, pieścić, zdradzać,
     Nawet gdyby Bury Kocur chciał przeszkadzać.

     Skipcio już przedstawił wszystkie swoje durne racje.
     Nic mu wszakże nie pomoże, ja mam swoje inspiracje.
     By zagłuszyć szybko wszystkie Wasze bzdurne krzyki,
     Skoczę po poradę do Moniki.

     Ach, z kobietą być nareszcie!
     A najczęściej o tym marzę,
     Kiedy gaszę pożar mąką,
     Albo? W statystyki włażę :lol:

Pozdrawiam

     Janusz Zbierajewski

wróć na początek strony...




HOLOWANIE „ZAWISZY”

     Po paradzie wlazłem se do portu, bo organizatorzy przesunęli start o dobę. Podobno ma wiać na Biskajach jakiś straszliwy sztorm, ósemka, czy cóś.

     I kiedy już już witałem sie z gąską ....znaczy z keją, Kaukaz (kapitan Zawiasa) zaczął siem drzeć na UKF-ce, że mu U-boot odmówił współpracy i go znosi na skały. Znaczy - wiatr go znosi, a nie U-boot.

     Zmieniłem technikę manewrowania, ster w lewo zamiast w prawo, silnik wstecz zamiast naprzód i zamiast do kei to za falochron.

     Podeszli my do dryfującego bezwładnie Zawiasa, podali my linkę wyjętą ze speedlajna, wydali za nią wszystkie powiązane cumy, wzięli my Zawiasa na hol i wciągnęli do portu.
I o co tyle krzyku?

     Aha, natychmiast zjawiły się jakieś hieny, eee znaczy siem ratowniki i robiły wszystko, żeby im oddać hol, bo one som profesjonały, a ja - jak wiadomo - jakiś tam, panie, amator.

     Może i amator, ale cwany.

     Dogadałem się z Corunia Traffic, że przejmuję dowodzenie akcją, ale, rzecz jasna, pod ich świetlanym nadzorem. Oni zaakceptowali to, ale zażądali, żeby rozmowy prowadzić tylko na ich kanale roboczym. Obiecałem im, że co pewien czas będę im streszczał nasze polskie gadanie w języku langłydż.

     Im bliżej portu, tym bardziej hieny stawały się nerwowe, ale kiedy podpływały do Zawiasa, żeby przerzucić hol na nich, Kaukaz z kamienną miną oświadczał, że on tam tylko sprząta, a jego dyrekcja powozi tą karecą z przodu, a kiedy podpływali do mnie - ja ich pozdrawiałem staropolskim fakju.

     No i tyle. Tera przerzucam trochę towaru ludzkiego z Zawiasa na Karola, co by małolaty z Zawiasa poregaciły siem troszkę.

     Za godzinę wychodzę na start. Zawias zostaje i bendzie siem reperować, co jakiś czas potrwa.

     No dobrze, dobrze, i ja Was też :lol:

Pozdrawiam

     Janusz Zbierajewski

wróć na początek strony...




PŁYWANIE BEZ SILNIKA

     Wojciech1968 napisał(a):
Co gdy będzie w morzu potrzebny silnik ?
Janusz , podziel się wiedzą dla potomnych.

     Proszem uprzejmniem.

     To sie robi tak:

     The manual - How to use the tallship.
     (Special edition for Wojciech Numerowany)

     1. Stawia się żagle. Są dwie szkoły: od dziobu do rufy albo od rufy do dziobu.
     2. Oddaje się cumy i szpringi. Są dwie szkoły: od dziobu do rufy albo od rufy do dziobu.
     3. Wychyla się ster. Są dwie szkoły: w lewo albo w prawo.
     4. Się płynie. O ile się da - do przodu.
     5. Jak się ma silnik - można go włączyć.
     6. Jak się nie ma silnika - to się go nie włącza.
     7. Dobrze jest mieć jakiś przyrząd nawigacyjny, np. kompas, ale nie jest on konieczny.
     8. Się dopływa.
     9. Dobrze jest na koniec wygłosić jakieś krótkie przemówienie podsumowujące, np. O, q... . jakimś cudem trafiliśmy!!! :lol:

Pozdrawiam

     Janusz Zbierajewski

wróć na początek strony...




JAK „JAJA ZBIERAJA” STAŁY SIĘ CIAŁEM

     Po minięciu mety regat okazało się, że jest jeszcze parę dni do imprezy w Dublinie. Znaczy - przejechaliśmy trasę regat za szybko. :-(

     Jedni (Lord Nelson, Pelican of London) weszli do Waterford, inni (Pogoria) do Dun Laoghaire, Jeszcze inni (Chopin) poszli do Belfastu. Ja postanowiłem iść prosto do Dublina. Musiałem się trochę poreperować po sztormie, a poza tym za parę dni mieliśmy wydać reception dla wszystkich kapitanów klas A i B, wszystkich polskich jachtów, ambasadora , szefów STI itd., więc trzeba było jakoś ten okręt przygotować.

     Dostałem od kapitanatu miejsce w części handlowej portu, za rufą ogromnego statku pasażerskiego. Cumy odbierał sam kapitan portu. Zaraz po zaproszeniu go na pokład dowiedziałem się, że jutro rano mam uczestniczyć w konferencji prasowej z kapitanami „tolszipów”.

     Rano okazało się, że ci kapitanowie tolszipów to „my we dwiech”: komendant urugwajskiego „Guayasa” i ja, bo innych jeszcze nie było.

     Jakaś nawiedzona pani redaktor zadała mi niezwykle inteligentne pytanie, jak ja to zrobiłem, że na prawie stuletnim, ciężkim, żelaźnianym okręcie wygrałem klasę B.

     Potrafi ktoś odpowiedzieć na serio? Bo ja nie!

     Przypomniałem sobie, co pisałem kiedyś u Kulińskiego, dopisując uzupełnienie jego locji. (dla leniwych: http://www.kulinski.navsim.pl/art.php?id=948&page=15). Zrobiłem więc minę fachury od regat i z twarzą pokerzysty wygłosiłem spicz mniej więcej w tym stylu:

     Z mojego punktu widzenia najważniejsze jest po co płynę tam, gdzie płynę. W tych regatach było tak:

     Pierwszy etap kończył się w Lizbonie. Co mnie tam czeka? Butelka porto. Niezłe, ale ja wole chianti, bo wytrawne. E, tam, niech sobie inni wypiją.

     Drugi etap - do Kadyksu. Co ja tam mogę dostać? Butelkę brandy Veterano. Też niezłe, ale ja wolę koniak, nie mówiąc już o armaniaku.

     Trzeci etap natomiast kończył się tu, w Dublinie. Co mnie tam czeka? Oczywiście Whisky in the jar! Nie mogłem odpuścić. Jak się spóźnię, to ta banda konkurentów wyżłopie mi całą whisky i zostanie mi empty jar, albo - co gorsza - będę musiał pić jakieś burbonowate podróby w rodzaju Jacka Danielsa z Tennessee czy szkockiego Jasia Wędrowniczka. Może być jeszcze gorzej: The Dubliners pójdą już sobie do domu i będę musiał słuchać, jak smęci Tin Lizzy albo robi łubudubu Metallica.

     Nie mogłem do tego dopuścić, więc mimo sztormu postawiłem na masztach wszystko, co się dało i byłem pierwszy.

     Nie przewidziałem, że państwo redaktorstwo wezmą jaja Zbieraja na serio. Zacytowali te moje pierdoły w gazetach. Następnego dnia dostałem przeforwardowany z biura armatorskiego „Borchardta” taki e-mail:

Temat: Invite for Kapitan Janusz Zbierajewski
Data: Tue, 21 Aug 2012 14:16:11 +0100
Nadawca: The Smith Group
Adresat:

Hi,
I am trying to contact Kapitan Zbierajewski of the Kapitan Borchardt to
invite him and his crew to an event we are hosting tomorrow evening in
our pub, The Auld Dubliner. We are having a reception where we are
unveiling a bust of Luke Kelly, of the Irish traditional group, The
Dubliners. We understand that Kapitan Zbierajewski is a fan of The
Dubliners and would love if he and his crew would attend.
If you could pass on this invite or let me know how to contact him
directly, I would greatly appreciate it
Thanking you in advance for your assistance.
Kind regards,
Alexis B......
PA to Managing Director
The Smith Group

(nazwisko Alexis usunąłem)

     W ten sposób cała załoga uczestniczyła w koncercie Dublinersów i w odsłonięciu popiersia jednego z założycieli zespołu, Luke'a Kelly'ego, który zmarł w 1984 r. A na koniec - kto lubi - niech posłucha:
http://www.youtube.com/watch?v=NoiF7Qket_k&feature=related

     I morał: Ostrzega się wszystkich żartownisiów, że ich żarty mogą być wzięte na serio :lol: :lol: :lol:

Pozdrawiam

     Janusz Zbierajewski

wróć na początek strony...




GŁOS W SPRAWIE KOSZULEK FORUMOWYCH

     Motto z Brzechwy:
     A kapusta rzecze smutnie:
     „Moi drodzy, po co kłótnie,
     Po co wasze swary głupie,
     Wnet i tak zginiemy w zupie!”

Kiedyś się zaczął problem koszulki
I całe forum już leci w kulki.

Zaczął Kuracent. Przyznam - dość mętnie:

     Kuracent napisał(a):
     A niby w jakiej? zegluj.net? Chętnie!!

A potem walnął z dość dużym hukiem:

     Kuracent napisał(a):
     ktoś mi zakosił koszulkę z nadrukiem

Rurzowa Kasia wsadza trzy grosze:

     Katrine napisał(a):
     Taką w granacie najlepiej poproszę

Kuracent sie skupił niby gracz Borusii i wystrzelił:

     Kuracent napisał(a):
     stwórzmy iluzje dyskusji.

Potem się zadumał. Pyta głosem łzawym:

     Kuracent napisał(a):
     co na plecach? na piersi? na lewym? na prawym?

A na to Jasiński, Marian, nie Beniamin
Zapytał życzliwie:

     mariaciuncia napisał(a):
     Może regulamin

Sąsiad tu natychmiast swe trzy grosze wtyka
Mówiąc: Po sąsiedzku mam kumpla grafika
Bez problemu ci mogę projektu zażądać

     Sąsiad napisał(a):
     tylko muszę wiedzieć jak to ma wyglądać

Ale żeby grafik projektował ślicznie
Odpowiedzcie:

     Sąsiad napisał(a):
     jak ma być prosto? artystycznie?

Na co Imć Grzywiasty, który jest adminem
Walnął dość odkrywczo:

     Maar napisał(a):
     login jest... loginem

Na co znowu Sąsiad, piękny jak z obrazka
mówi

     Sąsiad napisał(a):
     dać każdemu napis przy użyciu żelazka

Tu łagodny Robho (o ja cię chromolę!)
Wykazał swój sadyzm:

     robhosailor napisał(a):
     Wypalić na czole

Ponieważ Kasieńka chciała granatową
Zosta zaraz wrzasnął:

     zosta napisał(a):
     To dla mnie różową.

Kolos, co na co dzień zwykł chodzić w polarze
na to: może być każda, lecz

     Kolos napisał(a):
     w moim rozmiarze

To było w październiku. Nie widząc efektu
W listopadzie Kuracent pyta:

     Kuracent napisał(a):
     Jaki stan projektu?

Czy cały projekt jest już do olania?

     Kuracent napisał(a):
     idziemy w demokrację? jakieś głosowania?!

Tu się włączył Zientek, a to kawał drania:

     Stara Zientara napisał(a):
     Jeszcze ze 30 mam ich do sprzedania

Kuracent się rozdarł, niby stary worek:

     Kuracent napisał(a):
     To przynieś choć jedną tu dla mnie we wtorek.

Warto zanotować w swym umyśle ciasnym,
Że to wszystko było w roku jedenastym!!!

Czasem ktoś tam robił jakiś drobny krok
Wojciech obliczył:

     Wojciech1968 napisał(a):
     Znów przeminął rok

A na to Grzywiasty, niby od niechcenia:

     Maar napisał(a):
     Ja mam propozycję nie do odrzucenia! :-)

Widząc, że wyraźnie Grzywa go lobbuje
Wojciech na to

     Wojciech1968 napisał(a):
     Jeszcze czasu potrzebuję.

I wszystko zaczęło się znów od początku:

     dudeusz75 napisał(a):
     Prośba do adminów: wydzielenie wątku.

I tu powstał wyraźny spór z Długim Który twierdzi:

     Dlugi napisał(a):
     Jedno powiązane z drugim.

Cyzia dała projekt, Sąsiad zmiany żąda:

     Sąsiad napisał(a):
     Z z małym logiem, wiadomo, słabo to wygląda

Słusznie, Sąsiad, chłop co nawet lubi gruppenseksy
Jeśli ma małe logo - straszne ma kompleksy.
Na pytanie, czy aby nie jest to już grabież
Czyszek walnął mniej więcej, że

     ZyciePoZyciu napisał(a):
     To zwykła kradzież

Grzywa czytał to w kiblu. Nie zdążył się wysrać
Walnął: Czyszek to pisze:

     Maar napisał(a):
     żeby komuś przysrać

Jarkowi - jak widać - zaczęło to zwisać:

     ZyciePoZyciu napisał(a):
     Masz jakieś podstawy żeby tak to pisać?

Sąsiad stwierdził, że przecież to otwarte wrota:

     Sąsiad napisał(a):
     Wybacz, Jarku, ale przecież to głupota.

Na co chwycił w rękę słynny kaduceusz
I poprosił kolegę lizboński Dudeusz.
Kumpel walnął projekcik. Komentarzy kupa,
Wszyscy zgodni z Wąskim: To jest

     Wąski napisał(a):
     goła doopa...

Było też innych opinii bez liku

     Narjess napisał(a):
     ja widzę doopę na nocniku..

Tu kumpel Dudeusza nad wyraz się sprawił
I logo gołej dupy szybciutko poprawił
Już myślałem, że teraz taki wariant styknie.
Nawet Wąski zawołał, że teraz

     Wąski napisał(a):
     Jest piknie! :respekt:

Ale nie! Nie zdzierżę! Walnę ze dwie lufy
Teraz Wojtek chce

     Wojciech1968 napisał(a):
     by „wstęga” wychodziła z rufy

Pytanie, czy to wszystko w koszulkowym wątku?

     Sąsiad napisał(a):
     Jeżeli nie, to trzeba zacząć od początku

I jeszcze zapytał Grzywiastego gwarą:

     Sąsiad napisał(a):
     czy ta się nadaje, czy wolałbyś starą?

Pytanie jest głupie, Maar nie lubi chudej,
Więc za żadne piniendze nie zostawi Rudej.
Długi apeluje: Panie, Księże, Wójcie!
Mnie się to podoba

     Dlugi napisał(a):
     Nic nie kombinujcie.

A za nim Milena: Ja Was znienawidzę!
Dajcie już to logo

     Milena napisał(a):
     smutku w nim nie widzę

I nagle wpadł Zdzicho, trafion samogonką:

     zdzicho napisał(a):
     Wariant a) rewelacja, ale mniejszą czcionką.

Robho się wywnętrzył, skromnie i chędogo:

     robhosailor napisał(a):
     To co tu widziałem, to jest fajne logo! :)

------------------
Ja mam tego dosyć. Idę się ogolić.

ZRÓBCIE TE KOSZULKI!
PRZESTAŃCIE PIERDOLIĆ!

Pozdrawiam

     Janusz Zbierajewski

wróć na początek strony...




Z PAMIĘTNIKA RATOWNIKA

     pierdupierdu napisał(a):
Kurs „medical care”, czyli ten który tak Cię zbulwersował, poza rozszerzoną pierwszą pomocą obejmuje znajomość podstawowych pojęć koniecznych dla jednoznacznej wymiany informacji z lekarzem na brzegu, schemat opisu obrażeń/objawów przed wysłaniem rannego/chorego na ląd, posługiwanie się IMO-wskim zestawem leków,

     A ponieważ najważniejsza w postępowaniu medycznym wymiana informacji, więc, gdy paramedic jest jednojęzyczny, a - powiedzmy - lekarz na brzegu - innojęzyczny, może dojść do nieporozumień.

     Dlatego biurokraci z WHO ułożyli księgę szyfrów, dla niepoznaki nazwaną Międzynarodową Klasyfikacją Chorób ICD-10.

     Nieważny język, jakim mówimy. Jak by dziś powiedział Słowacki:

Chodzi mi o to, aby kody giętkie
Ujęły wszystko, co pomyśli głowa :lol:

     Z pamiętnika ratownika:
WSZYSTKIE KODY UŻYTE W OPOWIEŚCI SĄ AUTENTYCZNE I ZGODNE Z ICD-10.
Kto nie wierzy, niechaj sprawdzi :D :)

     - Praca ratownika medycznego może być czasem Z56.5 (nieprzyjemna praca). - pomyślałem odwracając się na służbowym wyrku z boku na bok. Z całą pewnością Z56.3 (stresowe warunki pracy) wywoływały u mnie chroniczne G47 (zaburzenia snu), w związku z czym od trzech godzin usiłowałem zasnąć, wykonując rozpaczliwy G24.5 (kurcz powiek).

     - F95 (tiki), F95 (tiki), F95 (tiki) - sekundnik naręcznego zegarka tikał natrętnie, odpędzając R40.0 (senność) i F05.0 (majaczenie bez otępienia).

     - No jasna A00 (cholera)! Nie usnę. - pomyślałem poirytowany i czując upierdliwe R20.2 (mrowienie) w pośladkach, po raz nie wiadomo już który, wykonałem K56.2 (skręt jelita), D73.5 (skręt śledziony) i skręt reszty ciała w sprawnym obrocie „na drugi boczek”.

     - A w sumie mogło być gorzej... - dumałem patrząc na ledwie majaczące w mroku puste łóżko kolegi z zespołu, u którego F43 (ostra reakcja na stres) manifestowała się jako uporczywa i niezwykle gwałtowna K59.1 (biegunka czynnościowa).

     - Dwanaście godzin w kiblu... Żeby on tam E41 (wyniszczenie z niedożywienia) nie dostał... - pomyślałem i ryzykując S03.0 (zwichnięcie żuchwy) ziewnąłem przeraźliwie.
- Spać... spać... spać...

     - F95 (tiki), F95 (tiki), F95 (tiki)... - dźwięki zegarka stopniowo zlewały się w kojący szum, wywołując z wolna H02.4 (opadnięcie powieki), najpierw lewej... potem prawej...
- DRRRRYYYŃŃŃŃ!!!!!! - ryk służbowego pagera poderwał mnie na równe nogi.

     - Noż ku... M54.3 (rwa kulszowa) mać! - zakląłem szpetnie, gdy potknięcie o własne, niedbale porzucone obuwie spowodowało T00.8 (powierzchowne urazy obejmujące inne kombinacje okolic ciała). Czując jak ogarnia mnie A82 (wścieklizna) wypadłem na korytarz, gdzie już czekała na mnie dyspozytorka B06 (Różyczka).

     B06 (Różyczka) była kobietą, którą cechowała R46.1 (dziwaczna powierzchowność osobista) pomieszana z R46.7 (gadatliwość i szczególne okoliczności utrudniające kontakt).

     Jej największe życiowe R45.2 (zmartwienie) stanowiły L81.2 (piegi) oraz L81.3 (plamy o zabarwieniu kawy z mlekiem), regularnie znaczące jej niegdyś biały, służbowy fartuszek. W obliczu tych problemów, odbieranie telefonów i wysyłanie karetek było jedynie nieistotnym tłem, które dyspozytorka B06 (Różyczka) olewała z powodu R32 (nietrzymanie moczu).

     Nic więc dziwnego, że większość ratowników nie znosiła dyżurów z dyspozytorką B06 (Różyczka) i na samą myśl o wspólnych dwunastu godzinach, wszyscy jak jeden mąż chcieli popełnić X81.0 (zamierzone samouszkodzenie przez wskoczenie lub położenie się przed ruchomy przedmiot).

     W tej chwili, stojąc tuż przed dyspozytorką, zacząłem żałować, że tego X81.0 nie popełniłem.

     - No co się tak krzywi i odsuwa jakbym ja jaki A30 (trąd) miała?!? - wrzasnęła oburzona B06 (Różyczka) i złapała się w B02 (półpasiec).

     - Wyjazd macie, wyjazd macie, macie wyjazd..! - powtarzała jak najęta, demonstrując dyspozytorski F44.3 (trans i opętanie).

     Wiedziałem, że ten F30 (epizod maniakalny) można przerwać tylko poprzez T71 (duszenie), ale nie chcąc narażać się na T63 (toksyczny efekt kontaktu z jadowitymi zwierzętami), a w szczególności na T63.0 (jad żmiji), opanowałem swą R45.0 (nerwowość) i udając F03 (otępienie bliżej nieokreślone) zbierałem się do wyjścia.

     - Ha ha ha... - szydziła dyspozytorka, a jej E65 (otyłość miejscowa /poduszeczki tłuszczowe/) trzęsły się od śmiechu.

     - Jedziecie na sam koniec powiatu i to do Y91 (objawy działania alkoholu w zależności od stężenia)! Będziecie się męczyć z pijakiem pół nocy!

     Nie odpowiedziałem na te prymitywne zaczepki. Stojąc w drzwiach skierowałem w stronę B06 (Różyczka) ponure spojrzenie i pomyślałem: B26 (świnka).

     Chciałem jej jeszcze pokazać środkowy M65.3 (palec zatrzaskujący), ale ze względu na M24.6 (zesztywnienie stawu) odpuściłem i pokazałem jedynie D10.1 (język).

     Na dworze panowała B54 (zimnica) i H26.9 (zaćma, nie określona), że oko wykol. Karetka mknęła po drodze, na spotkanie przeznaczeniu.

     - Chryste Panie... - jęczał kierowca wywołując ręczne K62.4 (zaciśnięcie zwieracza) - ... chyba nie dojadę.

     - Nie bądź B08.1 (mięczak zakaźny) - Mruknąłem kilka dodających otuchy słów i dokończyłem - Już jesteśmy na miejscu.

     Barak, do którego weszliśmy przedstawiał, mówiąc delikatnie, Z59.1 (złe warunki mieszkaniowe)

     - O matko... Syf, A53.9 (kiła, nie określona) i mogiła. - pomyślałem grzęznąc po kostki w starych szmatach i zbutwiałych gazetach.

     - Halo! Jest tu kto?!

     Gdzieś z wnętrza pomieszczenia dobiegało R06.2 (sapanie). Błysk latarki wyłowił z mroku szczegóły scenerii, rozjaśniając przyczynę wezwania. Na środku pokoju, między swoimi „skarbami” leżał dobrze nam znany Antek A22 (Wąglik).

     Antek regularnie podejmujący X65.0 (zamierzone zatrucie alkoholem) był częstym bywalcem lokalnych szpitali. U pracowników pogotowia miał również wirtualną, platynową kartę stałego pacjenta, uprawniającą go do gratisowych przejazdów kuszetką R, na terenie całego powiatu.

     W ramach pakietu pan A22 (Wąglik), jako jeden z niewielu, mógł podczas podróży zgłaszać F34 (uporczywe zaburzenia nastroju) oraz G44 (inne zespoły bólu głowy).

     Znana wszystkim medykom, smutna historia Antka sięgała dawnych lat, kiedy to wystawiając się na T73.1 (skutki pragnienia), pod Z63.3 (nieobecność członka rodziny), czyli żony, podjął on Z31 (postępowanie prokreacyjne) z listonoszką Haliną. Pewnie by mu się to E51.1 (beri-beri) upiekło, gdyby ich żona nie przyłapała w trakcie hmm... „lizania znaczków i bicia stempli”. Owo T74.2 (nadużycie seksualne) pociągnęło za sobą Z63.5 (rozbicie rodziny przez separację i rozwód). Ponadto T98.0 (następstwa skutków wniknięcia ciała obcego przez naturalny otwór ciała) pani listonosz, spowodowały Z64.0 (problemy związane z niechcianą ciążą) i nieuchronny obowiązek alimentacyjny na rzecz Haliny und jej dzieciny.

     Z59.6 (niski dochód) oraz Z63.7 (inne stresy życiowe dotykające rodzinę i gospodarstwo domowe) nieustannie wywoływały Z59.2 (niezgoda z sąsiadami, lokatorami i współwłaścicielami) a w konsekwencji Z60.2 (samotność). Właśnie dlatego Antek stosował Z72.1 (używanie alkoholu). Można by nawet rzec, że ordynarnie chlał wszystko, co mu wpadło pod rękę i poniewierało. Wódkę, wino, piwo, i T51.8 (inne alkohole), a nawet T51.9 (alkohol, nie określony) w postaci chemii gospodarczej i przemysłowo-motoryzacyjnej.

     Zbliżyłem się do Antka, leżącego w pozie słuchacza płyt chodnikowych.

     - Halo, panie A22 (Wąglik)! Wstajemy, raz, dwa!

     Antoś mało perfekcyjnie usiłował prezentować R51 (drgawki), ale swym udawactwem nie był w stanie zwieść nas, wyćwiczonych w boju ratowników.

     - Znów symuluje... - westchnął kierowca, nadal ściskając poślady, a głośno dodał - Idę po rurę intubacyjną, bo się nam chłop udusi!

     Na dźwięk słowa „intubacja”, Antek natychmiast przestał się trząść i wykazując H53.1 (subiektywne zaburzenia widzenia), a także F80.0 (specyficzne zaburzenia artykulacji) oraz F80.1 (zaburzenie ekspresji mowy), wyseplenił:

     - Pannnnofffie do mnnnie? We szterechch?!

     - Nie wygłupiaj się pan! - Próbowałem podnieść pijanego, naruszając jego tzw. przestrzeń intymną. Czując ciężki, R19.6 (cuchnący oddech), natychmiast pożałowałem nieroztropnej decyzji o zbliżeniu.

     A22 (Wąglik) najwyraźniej słyszał o T55 (toksyczny efekt mydeł i detergentów), gdyż całym swym jestestwem przedstawiał R.46.0 (bardzo niski poziom higieny osobistej). Szczególnie przykre dla ratowników były: R61.1 (nadmierne pocenie uogólnione), B88 (inne inwazje pasożytnicze) oraz widoczny na spodniach, w okolicy rozporka T70.4 (skutek działania płynów pod wysokim ciśnieniem).

     - Po coś nas pan wezwał? - kierowca, nie wytrzymując naporu „aromatów”, odstąpił na dwa kroki, usiłując z bezpiecznej odległości sporządzić wywiad.

     - Pannofie, ratujjcie... - wycharczał Antek i dramatycznym gestem wskazał na rozbitą flaszkę po samogonie.

     Niewątpliwie ta nagła i E86 (nadmierna utrata płynów) wyskokowych, spowodowała u niego R45.7 (stan szoku emocjonalnego i stres).

     - No stłukła się... - sucho skomentowałem te H43 (zaburzenia ciała szklistego) i przesuwając butem smętne resztki butli, dodałem:

     - Przykro nam. Nic się nie da zrobić.

     Wzburzona twarz Antosia naprzemiennie przedstawiała R23.1 (bladość) i R23.2 (zaczerwienienie).

     - Trochchche szszassunku, dla hutnictwa szkła, ku... M54.3 (rwa kulszowa) twoja mać!

     Antkowe R40.1 (osłupienie) oraz H05.2 (stany z wytrzeszczem) stopniowo ustępowały, a na ich miejscu pojawiły się R45.5 (wrogość), a także R45.6 (przemoc fizyczna).

     - Szszłowiek ma R68.2 (suchość w ustach, nie określona) i T73.1 (skutki pragnienia), a ty bedzieszsz jego ostatni łyczek butem kopać?!

     To mówiąc A22 (Wąglik), metalowym elementem biurkowej nogi w stylu roko-koko, usiłował wyrównać mi E61.1 (niedobór żelaza).

     Jedynie nabyta po starym złamaniu M21.7 (nierówna długość kończyn) pacjenta sprawiła, że ołowiany ciężarek w kształcie lwiej łapy, dosłownie o centymetry minął moja zaskoczoną twarz. Niestety, w tym samym momencie łokieć pijanego Antosia usadowił się dokładnie w epicentrum mojej fizjonomii, wywołując J34.2 (skrzywienie przegrody nosowej), R60.0 (obrzęk zlokalizowany) oraz G50.1 (bóle twarzy nietypowe)

     - Ożżżż... Jak mogłem wykazać takie Q00.0 (bezmózgowie) - zdążyłem jedynie pomyśleć, po czym mój system nerwowy dokonał instalacji programu R44.0 (halucynacje słuchowe) oraz najnowszej poprawki do wersji podstawowej R44.1 (halucynacje wzrokowe).

     Niczym we mgle widziałem jak A22 (Wąglik) prezentuje F91.3 (zaburzenie opozycyjno-buntownicze) wobec wezwanych na miejsce policjantów. Tym właśnie zachowaniem nietrzeźwy pacjent naraził się na Y07.3 (nieprawidłowe traktowanie przez oficjalne władze) i w konsekwencji K00.0 (brak zębów).

     Starszy posterunkowy Zbigniew Guma zwany przez kolegów z prewencji „Giętką Pałą”, w swym raporcie napisał później:

     „Dopiero zastosowana wobec nietrzeźwego Y35.3 (interwencja prawna z użyciem narzędzi twardych) spowodowała Z65.1 (uwięzienie i inne pozbawienie wolności).”

     Tego jednak już nie widziałem. Czując Y06 (zaniedbanie i porzucenie) oraz G51.3 (przewlekły skurcz połowy twarzy), pozwoliłem by otoczyła mnie swą opieką pani spokoju, ciemności i zapomnienia R55 (krótka utrata przytomności).

     Praca ratownika medycznego może być czasem Z56.5 (nieprzyjemna praca)
Czyż nie? :)

     ------------------------------
     P.S. Spoko, na 2014 lub 2015 rok zapowiadana jest nowa klasyfikacja chorób ICD-11.
     ...żeby można było pisać jeszcze dłuższe opowieści ;)

Pozdrawiam

     Janusz Zbierajewski

Tekst pochodzi ze strony http://paramediconboard.blogspot.com/2013/02/opowiesc-zakodowana.html

wróć na początek strony...




BAJKA

     Kuracent napisał(a):
Choć atakował brutalnie mnie setki razy!

     Ani razu. Ja tylko wyśmiewałem bzdury, jakie tu i ówdzie wypisywałeś. :lol:

     Gdybym chciał się przyczepiać szczegółów, opisywanych przez Ciebie, przyczepiłbym się np. do zdania:

     11. Urzędnik w Murmański nie zna nowego prawa federalnego 110.
     Andrzeju: nie zna, czy powiedział, że nie zna? To nie to samo!

     albo do zdania:

     17. Dodałem, że Arved Fuchs jest doświadczonym żeglarzem i był wtedy aresztowany 12 dni.

     A co ma jedno z drugim wspólnego?

     Zdanie: Henryk Sienkiewicz umarł - jest prawdziwe.
     Zdanie: Wisława Szymborska dostała Nagrodę Nobla - jest prawdziwe.
     Ale zdanie: Henryk Sienkiewicz umarł i Wisława Szymborska dostała Nagrodę Nobla - jest głupie.

     Mój zarzut, że nie masz pojęcia, co się działo i o co naprawdę chodziło nie dotyczy Twoich opowieści. Nie mam żadnych podstaw, by kwestionować, że prędkość jachtu w czwartek w południe wynosiła 4,6 węzła, że wiało z zachodu a nie z południa, ani że na obiad był filet z dorsza z ryżem.

     Kwestionuję tylko wyciąganie przez Ciebie wniosków natury ogólnej, bez żadnej żadnej wiedzy o „zapleczu”, które o wszystkim decydowało.

     Prawdy, która znam dość dobrze (choć też zapewne nie wszystko) nie podam do publicznej wiadomości, z bardzo wielu względów. Choćby dlatego, że mówienie prawdy, choć z natury rzeczy chwalebne - czasem może wyrządzić szkodę ludziom, którzy na to nie zasługują.

     Ponieważ jednak uważam Cię za człowieka inteligentnego - opowiem Ci bajkę.

     Nie, nie, spoko, nie o Kopciuszku, ani krasnoludkach. Słyszałeś takie nazwiska: Ezop, La Fontaine, Kryłow, Krasicki?

     To jeszcze definicja:
Bajka – krótki utwór literacki zawierający morał (pouczenie), może być wierszowany, czasem żartobliwy. Morał może znajdować się na początku lub na końcu utworu albo wynikać z jego treści. Istotną cechą bajki jest alegoryczność. Bohaterami bajek mogą być ludzie, a także zwierzęta, przedmioty i zjawiska, które uosabiają typy ludzkie, cechy charakteru lub przeciwstawne poglądy i stanowiska. Jest jedną z odmian epiki, choć bajka epigramatyczna ma dużo cech lirycznych.
Dodałbym do tego również pewne cechy dramatyczne.

     No to jedziemy: (Uwaga: jest to bajka i fikcja od początku do końca)

     Wyobraź sobie, że powstało np. województwo piskie. A w nim - powiedzmy - Wojewódzka Komenda Straży Pożarnej. A Grande Comandante tej komendy został Twój Ojciec. A Ty, jako człowiek o dobrym serduszku, mając takiego Tatusia, potrafisz załatwić różne sprawy nie do załatwienia. Już to zgodę na inne rozmieszczenie gaśnic w biurowcu w Olecku, już to zezwolenie na oddanie do użytku budynku wczasowego w Giżycku bez zastrzeżeń ppoż itd., itp.

     Żeby była jasność: Jesteś uczciwym facetem, nie robisz żadnych przekrętów, wszystko jest zgodne z prawem. Ty tylko robisz za katalizator: przyspieszasz reakcję. Normalną drogą petent też to może załatwić, ale trwa to kilka tygodni albo kilka miesięcy, a Ty idziesz do odpowiedniego urzędnika Miejskiej Straży Pożarnej w Olecku i wyciągasz mu z gardła decyzję w ciągu godziny, bo Ciebie to on się boi spławić.

     No i tak załatwiasz te sprawy, załatwiasz i - mimo, że to wszystko jest zgodne z prawem - lokalni urzędnicy w komendach miejskich i gminnych coraz bardziej Cię nie lubią.

     I po latach przychodzi chwila, że Twój Szanowny Tatuś przestaje być Grande Comandante.

     Co się stało? Nieważne. Awansował, został przeniesiony do województwa skarżysko-kamiennego, albo poszedł na emeryturę. Wszystko jedno. Istotne jest tylko to, że przestał być szefem straży wojewódzkiej w Piszu.

     Wydaje Ci się, że dalej będziesz załatwiał to, co załatwiałeś? Masz rację: wydaje Ci się. Teraz wszyscy urzędnicy z Olecka, Ełku, Rucianego-Nidy, Myszyńca i okolic zrobią wszystko, żeby Ci pokazać kto na ich terenie naprawdę rządzi i gdzie jest Twoje miejsce w szyku.

     Że co, że decyzja już podpisana? Ależ drogi kolego Kuracent, proszę tylko spojrzeć: o tu, na 17 stronie zezwolenia, w 15 linijce wyraźnie brakuje przecinka. Ale proszę się nie martwić, zaraz odeślemy ten dokument przesyłką kurierską do Komendy Głównej, żeby się wypowiedziała, czy bez tego przecinka dokument jest ważny, czy nie. Sądzimy, że najdalej w ciągu miesiąca przyjdzie odpowiedź. Komenda Główna działa bardzo sprawnie wszak.

     Koniec bajki. Zgodnie z definicją tejże - musi być morał:
Jak zabraknie Tatusia - najważniejszy staje się przecinek. :rotfl:

     No to, Andrzejku, jeszcze jedna bajka, ale nie jako gatunek literacki, tylko taka zwykła, ale też z morałem:

     Jezioro, łąka, krzaki, las. Na łące siedzi zając i coś pisze w kajecie. Przychodzi wilk.
- Cześć, zając, co piszesz?
- Doktorat.
- Ty? Doktorat? A na jaki temat?
- Temat? Głupota wilków na tle dziejów.
- O żeż ty cholerny zającu!

     Zając w nogi, wilk za nim. Zając w krzaki, wilk za nim. Z krzaków dobiega wycie, w powietrze wylatują połamane gałęzie i kłaki sierści.

     Po paru minutach gigantycznego zamiąchu wszystko się uspokaja. Wyłazi z krzaków wilk. Łapa zwichnięta, futro poszarpane, morda rozkwaszona. Za nim wychodzi zając pod rękę z niedźwiedziem i mówi do wilka:

     - Widzisz, głupi palancie? Temat jest nieważny! Promotor się liczy!

Pozdrawiam

     Janusz Zbierajewski

Tekst pochodzi ze strony http://paramediconboard.blogspot.com/2013/02/opowiesc-zakodowana.html

wróć na początek strony...




DOBRE OBYCZAJE

     ins napisał(a):
Na przykład należy czekać przy posilku na sygnał od kapitana,
dopiero gdy powie smacznego reszta może zanurzyć łyżki w zupie.

     O tempora, o mores, o q...

     Piotrze, odrobiłeś lekcję z Głowackiego:
Kapitan przy stole zajmuje honorowe miejsce, rozpoczyna jedzenie (załoga i goście czekają aż kapitan zacznie).
Tyle, że to jest cytat z wydania w 1979 r. Minęły wieki.

     To były zwyczaje wprowadzone przez Zaruskiego i pochodziły z carskiej marynarki wojennej (no, w kajzerowskiej było to samo). Do jachtów pasowały one jak przysłowiowy garbaty do ściany, ale Zaruski uczył Kuczyńskiego, Kuczyński Sumińskiego itd., itd.

     Zwalczałem to od pierwszego mojego rejsu kapitańskiego.
Jeśli wszyscy siedzą w mesie i kuk (albo dyżurni na żaglowcach) podają do stołu, oczywiście najpierw podaje się kapitanowi. Wyjątek: jeśli jest gość (szczególnie kobieta) - najpierw gościowi.

     Jeśli wszyscy siedzą już w mesie, a kapitan jest jeszcze czymś zajęty na pokładzie, czy w nawigacyjnej, podaje się posiłek i załoga zaczyna jeść. Siedzenie z głupią miną nad stygnąca zupą jest bez sensu.

     A co do „smacznego” - walczę z tym, jak mogę. Ci, co ze mną pływali potwierdzą, że czasem już nie mogą inaczej, tylko łopatologicznie. Na porannej zbiórce tłumaczę, o co chodzi, i dla tych, co nie mogą wytrzymać zarządzam zbiorowy, chóralny okrzyk całej załogi: SMA-CZNE-GO! Wszyscy wszystkim. I na tym koniec. Do końca rejsu obowiązuje całkowity zakaz używania tego słowa!

     Na Zawiasie jest to do opanowania, bo poza „kukami” nikt do mesy nie zagląda, ale np. na „Chopinie” można dostać piany na pysku. Mesa, w której je stała załoga i oficerowie jest „przelotowa”. Co chwilę przechodzi przez nią jakiś małolat i wrzeszczy „smacznego”. I stoję (to znaczy siedzę) przed alternatywą: albo nie odpowiem i wyjdę na chama, który nie umie powiedzieć „dziękuję”, albo powiem „dziękuję” wdzięcznie opryskując rosołkiem mechanika, który siedzi naprzeciwko.

     Nie wiem, skąd to się wzięło (może to efekt dumnego kiedyś hasła „Lud wszedł do śródmieścia”), że większość ludzi koniecznie chce w czasie posiłku życzyć „smacznego”, bo myśli, że to bardzo kulturalnie.

     Przeciwnie, powiedzenie „smacznego” w czasie posiłku jest oznaką braku kultury i kompletnej nieznajomości savoir-vivre'u.

     Zgodnie z zasadami savir -vivre'u, kindersztuby, etc. „smacznego” życzy nie ta osoba, która jest najważniejsza przy stole, lecz ta, która zaprasza na obiad, czyli w domu, przy niedzielnym obiedzie nie głowa rodziny, tylko babcia lub mama, które ten obiad przyrządzały.

W restauracji - ten, kto na ten obiad zapraszał.
W mesie - kuk, lub ten członek załogi, który po stołu podawał.
I co najważniejsze - przed posiłkiem. Nigdy w trakcie.

     Polecam wykład Sędziego z I Księgi „Pana Tadeusza”:

Grzeczność nie jest nauką łatwą ani małą.
Niełatwą, bo nie na tem kończy się, jak nogą
Zręcznie wierzgnąć, z uśmiechem witać lada kogo;
Bo taka grzeczność modna zda mi się kupiecka,
Ale nie staropolska, ani też szlachecka.
Grzeczność wszystkim należy, lecz każdemu inna;
Bo nie jest bez grzeczności i miłość dziecinna,
I wzgląd męża dla żony przy ludziach, i pana
Dla sług swoich, a w każdej jest pewna odmiana.

     Czy Szanowna Frekwencja jest przed kolacją?
     No to Życzę wszystkim Państwu „Smacznego!” :D

Pozdrawiam

     Janusz Zbierajewski

wróć na początek strony...




Pamiętnik znaleziony w zęzie,
czyli jak to ze „Spanielem II” bywało

     Kuba Jaworski wystartował w TARS-80 na „Spanielu II” i zajął 6 miejsce ogółem, ale był pierwszym jednokadłubowcem, bo przed nim przyszły tylko kata- i trimarany. Tuż przed metą, we mgle, kuter amerykański skosił maszt na „Raczyńskim II” i Czesio Gogołkiewicz został zaholowany przez Coast Guard do Newport.

     Ja w tym czasie byłem w Nowym Jorku ale nie miało to nic wspólnego z regatami (ja i regaty... he, he, he. Czy ja wyglądam na faceta, któremu się śpieszy???)

     Najpierw otwieramy pudełko z jachtem „Dal”

     Otóż niejaki Ireneusz Gieblewicz, jako 5-letnie dziecko został wyzwolony przez armię amerykańską na terenie Niemiec, gdzie został wcześniej wywieziony z rodzicami na roboty. Po wyzwoleniu znalazł się z matką w Paryżu. Niestety, na ulicy, czołg nieustraszonej US Army przejechał go, miażdżąc mu nogę, którą trzeba było amputować na wysokości kolana.

     Kiedy Irek dorósł – postanowił polecieć do Stanów, żeby (jak twierdził) domagać się odszkodowania. Odszkodowania nie uzyskał, ale do Polski już nie wrócił, w związku z czym, zgodnie z ówczesnym „tryndem”, został uznany przez władze Ludowej za takiego, który „wybrał wolność”, czyli odmówił stawania razem z nami w jednym szeregu i budowania zrębów.

     Irkowi Polska Ludowa wisiała zwiędłym kalafiorem, ale chciał od czasu do czasu odwiedzać matkę, tymczasem każdy jego wniosek o wizę PRL kończył się delikatną sugestią konsulatu, żeby spadał. Uknuł więc „chitry plan”. Otóż Muzeum Polskie w Chicago miało problem, jak się pozbyć jachtu „Dal”, na którym w latach trzydziestych Bohomolec z dwoma kumplami przepłynął Atlantyk.

     Dygresja: Przez wiele lat na egzaminach żeglarskich z działu „historia żeglarstwa” było podchwytliwe pytanie, jaki stopień miał Bohomolec, kapitan jachtu „Dal”. Prawidłowa odpowiedź: miał stopień rotmistrza, bo to był kawalerzysta.

     Stało to to kilkadziesiąt lat i tylko przeszkadzało, więc wystawiono je na zewnątrz. Tam też przeszkadzało. Irek wpadł na pomysł, że zrobi zrzutkę wśród chicagowskiej Polonii, kupi „Dal” i przekaże ją do Muzeum Morskiego w Gdańsku. Liczył na to, że za ten wspaniały gest Polska Ludowa, w swojej nieopisanej wspaniałomyślności, przebaczy synowi marnotrawnemu i da mu wizę, żeby mógł odwiedzić starą matkę.

     Wciągnął do tego planu Toma Korzeniowskiego, dziennikarza jednej ze stacji telewizyjnych w Chicago. Tom był bardzo a propos tego planu, bo był to facet „z tych” Korzeniowskich. Konkretnie – był wnukiem Borysa Korzeniowskiego, czyli prawnukiem Josepha Conrada. Wprawdzie po polsku znał tylko kilka najistotniejszych słów, jak dupa, k… itp., ale liczyło się nazwisko.

     Irek kupił „Dal” i postanowił przeprowadzić ją wodą w drugą stronę. Okazało się jednak, że między rozeschniętymi przez kilkadziesiąt lat plankami są 3-4 milimetry powietrza i nijak ta sławna łódka nie da się postawić na wodzie. Irek był już na tyle zamerykanizowany, że zastosował tamtejszą zasadę „plastic is fantastic”. Po prostu oblaminował całą łódkę laminatem poliestrowo-szklanym. Wstawił silnik, dał nowy takielunek i uznał, że jacht jest gotowy do stawienia czoła północnemu Atlantykowi.

     Dygresja: Sprawa się przedłużała, bo kiedy Gieblewicz zaczął oblaminowywać łódkę, Bohomolec pozwał go do sądu o naruszanie prawdy historycznej, czy jakoś tak i… wygrał. Sąd nakazał Irkowi zaprzestać niszczenia zabytku. Irek się odwołał do sądu apelacyjnego stanu Illinois i…. wygrał. Sąd apelacyjny uznał, że skoro Bohomolec sprzedał łódkę do muzeum, to niech się teraz buja.

W Stanach jest taka piękna wyszukiwarka casusów prawnych, „Find a case”. Można tam bez trudu znaleźć sprawę Bohomolec v. Gieblewicz. Dla leniwych:

http://il.findacase.com/research/wfrmDocViewer.aspx/xq/fac.%2FSAC%2FIL%2F1971%2F19711130_0001140.IL.htm/qx

     Był tylko jeden drobny problem: ani on, ani Tom „Kosheniousky” nie mieli bladego pojęcia o żegludze w ogóle, a o żegludze przez Atlantyk w szczególności. Irek zwrócił się więc do PZŻ-tu z prośbą, aby mu przysłać: a) kapitana, b) sekstant, c) tratwę ratunkową, bo uznał, że kupowanie tych dwóch ostatnich rzeczy na jedną podróż jest bez sensu.

     PZŻ podjął tę – jak się wtedy mówiło – cenną inicjatywę i wysłał mnie, bo akurat byłem wolny. Firma nie miała jednak pieniędzy na bilet lotniczy, więc ówczesny Sekretarz Nadzwyczaj Generalny, Staszek Tołwiński dogadał się z dyrektorem PLO. Zostałem zatrudniony przez PLO na czas określony (jedna podróż jako asystent na semikontenerowcu „Roman Paziński”) i wylądowałem w Newark (Stan New Jersey, tuż obok Nowego Jorku).

     W tym czasie Irek z Tomem przypłynęli rzekami z Chicago do Nowego Jorku. Tom skarżył się, że ostatnio łódka bardzo słabo reaguje na ster. Wyciągnęliśmy ją z wody. Okazało się, że woda zabrała cały laminat z płetwy sterowej, a potem również i deski, z których płetwa była zrobiona. Pozostała tylko oś steru i dwie stalowe obejmy szerokości mniej więcej 5 cm, które miały za zadanie trzymać drewnianą część płetwy i tym się sterowało.

     Ponieważ Irek położył laminat na drewno od kilkudziesięciu lat nie czyszczone – laminat odszedł od łódki i praktycznie był to laminatowy kadłub, w którym luzem był kadłub drewniany. Takielunek zainstalowany przez Irka (nie ma to jak śmiałość decyzji nie hamowana znajomością rzeczy) składał się ze stalówek fi 3 mm i szekielek blaszanych długości 3 cm, takich, jakie się nosi przy szlufkach spodni, dla ozdoby.

     To wszystko pryszcz, bo bez problemów dałoby się to wymienić na mocniejsze. Najgorsze było to, że kiedy wlazłem do środka, żeby obejrzeć stan drewna okazało się, że na 18 (bodaj) wręgów po lewej burcie – 16 było pękniętych, a na prawej – 15. Nie chodzi o pęknięcia odcinkowe, wzdłużne, charakterystyczne dla starego drewna. Była to – jak mówią chirurdzy – „fractura completa”, czyli każdy kawałek wręgu był osobno i – prawdę mówiąc – konstrukcja opierała się na plankach, do których były przymocowane kawałki wręgów luzem.

     Wiedziałem wprawdzie, że wsiadając na słynną „Dal” wejdę do historii polskiego żeglarstwa albo jako kapitan, który przyprowadził „Dal” do Polski, albo jako kapitan, który na „Dali” z honorem na dnie Atlantyku legł, ale najbardziej prawdopodobna była ta druga część alternatywy, a to mi niezbyt szczególnie odpowiadało.

     Poprosiłem więc śp. Zbyszka Pieńkawę (tego od „Otago”), który właśnie przestał być dyrektorem technicznym Zjednoczenia Przemysłu Okrętowego a zaczął być przedstawicielem „Centromoru” w Nowym Jorku i urzędował na 35 piętrze śp. World Trade Center, żeby wydał fachową ekspertyzę jako inspektor techniczny PZŻ.

     Zbyszek potwierdził moje obiekcje i spłodził urzędowy dokument, z którego wynikało, że prościej jest skoczyć z Brooklyn Bridge do East River. Mniej się człowiek będzie męczył.

     Odbyła się duża narada w konsulacie. Powiedziałem, że jedyna metoda sprowadzenia „Dali” do Polski, ambitna (bo chociaż częściowo wodą), jest taka: załadować „Dal” w Newark na statek, przewieźć przez Atlantyk i zrzucić na wodę w Kilonii. A że na południowym brzegu Bałtyku są co 20-40 mil jakieś porty, RFN-owskie, NRD-owskie i polskie, śledząc pilnie prognozy pogody i nie narzucając sobie żadnego konkretnego terminu, można „Dalą” dopłynąć do Gdyni.

     Konsulat zatwierdził tę, jakże cenną i rzeczową propozycję kapitana Zbierajewskiego i tak się stało, ale już bez mojego udziału, o czym za chwilę.

     Irek zrzucił „Dal” na wodę w Bremerhaven i odcinkami przypłynął do Kilonii. Tam spotkał „Dar Bielska”, na którym było dwóch żeglarzy z patentami kapitańskimi, Ten drugi, bodajże Waszkiewicz, przesiadł się na „Dal” i popłynęli… do Ystad , a potem do Świnoujścia, Trzebieży i Szczecina. Później Wojtek Jacobson przeprowadził ją do Gdyni. Wojtek opisał to w wywiadzie, który ukazał się na stronie szczecińskiego JK AZS.

     Wprawdzie Wojtek twierdzi w tym wywiadzie, że początkowo „Dal” miał przyprowadzić Zbyszek Pieńkawa, co nie jest prawdą, ale prawdopodobnie tak mu powiedział Gieblewicz, a nie darmo Irek był uważany za tzw. postać kontrowersyjną.

     Niestety, szumu medialnego przy tym nie było, bo Irek miał pecha. Przypłynął w sierpniu, a tu już wszędzie były strajki, (o, pardon, to jeszcze były nieuzasadnione przerwy w pracy), zamiąch totalny i biedna jedynie słuszna władza, wraz ze swoim aparatem propagandy, miała ważniejsze sprawy na głowie niż jakaś tam, wicie, rozumicie - drewniana okręcina.

     Zamykamy „Dal” – otwieramy pudełko „Kuba i Czesiek”

     Wróćmy do Nowego Jorku. Spotkałem tam Kubę, który właśnie świętował swój zasłużony sukces. Pojechaliśmy do Newport, gdzie zastaliśmy smętnie wyglądającego, „dismasted” „Raczyńskiego II”.

     Dygresja: Kuba z Cześkiem Gogołkiewiczem, dawniej serdeczni kumple i współpracownicy (razem z Edźką Hoffmanem) od mniej więcej roku serdecznie się nie lubili. Napuszczani na siebie nawzajem (skutecznie!) przez paru tzw. życzliwych, stali się niemal wrogami.

     Powiedziałem Kubie: - Wiem, że nie przepadacie z Cześkiem za sobą, ale może wejdziemy na „Raczyńskiego”. Wypadałoby przynajmniej Czesiowi złożyć wyrazy współczucia.

     Kuba się zgodził. Weszliśmy do mesy, w której siedział ponury Czesiek. Rozmowa się nie kleiła. Wstałem i powiedziałem:

     - Chłopaki, uważam was obu za wspaniałych facetów, którzy dali się podpuścić paru ch…, którzy wam zazdrościli i zazdroszczą sukcesów. Najwyższy czas to skończyć.

     Wyciągnąłem z torby połówkę „żyta”, postawiłem na stole i dokończyłem:

     - Macie tu pół litra czasu, żeby się pogodzić. Wrócę za godzinę i – macie do wyboru – albo wam obu uścisnę prawe łapy, albo każdego z was kopnę w dupę. Cześć!

     Wyszedłem, zamykając klapę zejściówki, przetykając otwartą kłódką uchwyty od zewnątrz i poszedłem w cholerę, to znaczy do baru w jachtklubie, gdzie od razu (a co się będę szczypał) skonsumowałem trzy „drynki z palemkom”.

     Wróciłem po godzinie. Ja byłem w stanie lekko wskazującym, w mesie siedzieli Kuba z Cześkiem w stanie niezwykle wskazującym, bo na zewnątrz było ponad 30 stopni, więc w zamkniętej mesie panowało piekło powiększone o ćwiartkę ciepłej gorzały na statystyczne ryło.

     Kuba i Czesiek siedzieli tylko w slipach i podkoszulkach i byli znów dobrymi kumplami poruszającymi najpiękniejszy temat rozmów marynistycznych, to znaczy omawiali kształty panny Maryni.

     Konflikt się skończył. Na zawsze.

     Pudełko: Jak sprzedawałem „Spaniela”?

     W parę dni później Kuba poleciał do Polski, zostawiając „Spaniela” na boi w Newport, a ściślej biorąc -w New Providence, którą ofiarował mu za darmo tubylec, Polak, z zawodu lekarz.

     Czesław z Raczyńskim (bez cudzysłowu) zaczęli szukać stoczni dla „Raczyńskiego II” (w cudzysłowie), a ja dostałem polecenie PZŻ-tu, żeby zostać w Niujorku i spróbować sprzedać „Spaniela”. „Centromor” miał mi płacić diety, żebym nie umarł z głodu pod najbliższym mostem.

     Zacząłem więc urzędowanie ze Zbyszkiem Pieńkawą na 35 piętrze WTC. Ponieważ dość mało efektywne jest stanie na rogu Broadwayu i Piątej Avenue i wołanie ”Spaniela sprzedam, Spaniela sprzedam!”, Zbyszek skontaktował mnie z paroma brokerami branży jachtowej. Ci, co pewien czas podrzucali mi potencjalnego klienta, ale kończyło się to na rozmowie telefonicznej. Pytania klientów były typowe: ile jest łazienek, albo jakiej firmy jest air-conditioning. Odpowiadałem, zgodnie z prawdą, że air-conditioning jest produkcji firmy Stocznia Jachtowa w Szczecinie, Poland. Jak sobie otworzysz klapę na pokładzie przed masztem, zejściówkę z tyłu i dasz całą naprzód, to masz taki „natural air-conditioning” aż miło.

     Mówiąc serio – „Spaniel” był w Stanach absolutnie niesprzedawalny. Było to puste pudło z surowym laminatem w środku. Wyposażenie – to tylko nawigacyjna i kambuz z jednopalnikową kuchenką gazową. W mesie nie było nawet stołu. Stocznia wprawdzie stół zrobiła, ale dębowy, więc Kuba uznał, że to zbędne obciążenie łódki, wymontował i zostawił na nabrzeżu w Plymouth. Do spania służyły prostokątne kawałki płótna rozpięte między burtą a stalowymi rurkami idącymi pół metra od burty.

     Ktoś, kto chciałby na tym pływać weekendowo (a takich klientów jest tam 99,999%) musiałby jeszcze włożyć sporo szmalu, żeby doprowadzić „Spaniela” do używalności w wersji „armatorskiej”.

     Dla potencjalnych ścigantów „Spaniel” też nie był atrakcją, bo była to łódka projektowana pod formułę tych konkretnych regat. Dla nieznających szczegółów: Długość całkowita (LOA) nie mogła przekraczać 17 m, a że – jak wiadomo – im dłuższa linia wodna tym (teoretycznie) większa prędkość, „Spaniel” miał pionowy dziób niczym „Titanic” i takąż rufę. W rezultacie KLW była równa LOA. W innych regatach – o innej formule – „Spaniel” mógłby dostać w d… przelicznikiem.

     Pudełko: Powrót „Spanielem”

     W rezultacie – PZŻ podjął decyzję o powrocie „Spaniela” do kraju. Kuba przyleciał znów do Nowego Jorku razem z ekipą telewizyjną w postaci Andrzeja Radomińskiego i Jurka – operatora. Zabrał się jeszcze z nami Frederic, młody, kilkunastoletni Francuz polskiego pochodzenia, siostrzeniec Jurka Rakowicza, z którym (Fredem, nie Jurkiem) porozumiewaliśmy się po angielsku.

     Prawdę mówiąc – był to angielski teoretycznie, bo przy naszej (a zwłaszcza Freda) ówczesnej znajomości języka Szekspira wyglądało to mniej więcej tak (o ile pamiętam, Andrzej też to opisuje w książce):

     - Hej, Fred, give me, please, … no, jak ta k.... się nazywa…, no… żabka.

     I Frederic z twarzą pokerzysty bez słowa otwierał skrzynkę z narzędziami i podawał żabę hydrauliczną.

     Jak widać – już wtedy robiliśmy językowe badania naukawe, które zaowocowały wiele lat później pięknym i jakże prawdziwym sformułowaniem ułożonym przez Paulę Żbikowską, bosmanicę na „Rutkowskim”:

     „Marynarz, trafiony celną kurwą, nabiera bystrości wzroku i chyżości nóg”.

     Kłopoty zaczęły się na starcie. Kiedy chcieliśmy zabrać łódkę z boi, właściciel tejże zażądał od Kuby paruset dolarów za postój. Zdumiony Kuba przypomniał umowę (ustną), że postój będzie za darmo, na co właściciel oświadczył, że zmienił zdanie. Kuba, niespotykanie spokojny człowiek, dostał lekkiej piany na pysku. Wygłosił dłuższą kwestię, której, niestety, nie potrafię w całości przytoczyć. Pamiętam, że zaczął od zaimka „ty”. Potem było coś podobnego do członka rodziny (wuju, stryju, czy jakoś tak, ale niedosłyszałem), potem coś o złamaniu i kaczych nogach, potem ”jak ja ci zaraz przy…” (znów niedosłyszałem, cholera, miałem jakieś okresowe zaburzenia słuchu). W każdym razie przemówienie trwało około 5 minut – ku memu szczeremu podziwowi – Kuba nie powtórzył ani jednego wyrazu.

     W rezultacie krasomówstwa Kuby – właściciel boi powiedział, że w takim razie mamy wyp… (znów te moje problemy z uszami) i on nie chce Kuby znać!

     Ta męska decyzja właściciela boi bardzo nam odpowiadała, toteż zrealizowaliśmy ją z radością.

     Wracamy na chwilę do pudełka „Kuba i Czesiek”

     Po starcie Kuba zaproponował, żeby nie lecieć od razu na Bermudy, tylko zawinąć do pobliskiego New Bedford, gdzie Czesiek remontował „Raczyńskiego II”. Tak też zrobiliśmy. Spędziliśmy tam dwa miłe dni z Cześkiem i załogą remontową, która przyleciała z Polski. Po zrobieniu drobnych zakupów żarciowych – w drogę.

     Ostatnią cumę oddał nam Czesław.

     Pudełko: Przez Atlantyk z pękniętym masztem

     Nie bardzo wiem, co tu napisać, bo nie chciałbym powtarzać tego, co już Andrzej Radomiński napisał w książce. Czytałem ją grubo ponad 20 lat temu i nie pamiętam dokładnie, co Andrzej opisywał a czego nie, a tu, gdzie w tej chwili jestem, tzn. w Phoenix, Arizona, można wprawdzie dostać wszystko, ale książki Radomińskiego i piwo „Tyskie” są słabo dostępne. :lol:

     No to parę „kamieni milowych” z tego rejsu.

     Do Bermudów – nudy, panie, nudy. Wiaterek słaby ale korzystny, przelecieliśmy ten odcinek z tzw. palcem w…. W Hamilton poradziłem chłopakom (teoretycznie słusznie, ale – jak się okazało – tylko teoretycznie), żeby zrobić zakupy minimalne, bo drożyzna okrutna. Aby do Azorów, bo tam znacznie taniej (robiłem tę trasę rok wcześniej na śp. „Zewie Morza”, więc miałem dość dobre rozeznanie).

     Po zakupach żarcia, wody i paliwa – w drogę.

     Trzeciego czy czwartego dnia rejsu Andrzej zażyczył sobie zrobienia ujęcia z lotu ptaka, co oznaczało, że Jurek (operator) ma być wciągnięty na maszt. Mistrz kamery, który właśnie skończył (z pełnym sukcesem) z karmieniem dorszy oświadczył jednak, że ma lęk wysokości i nie ma zamiaru robić za taternika. Tak więc dyrekcja dwuosobowej wytwórni filmów dokumentalnych była zmuszona osobiście wykonać wydane przez siebie polecenie. Wciągnąłem Andrzeja z kamerą na ławeczce bosmańskiej na górę, zablokowałem hamulec windy fałowej, dałem dobrą radę, że jak zleci na pysk, to ma zmyć po sobie pokład, bo nie lubię widoku krwi i poszedłem w stronę kokpitu.

     Nie doszedłem, bo z góry rozległ się wrzask (nie powiem, cokolwiek histeryczny): - Na dół! Na dół! Maszt pęknięty, zaraz się rozwali!

     Moje dobre rady w rodzaju „zamknij dziób i filmuj, bo cię prezes Szczepański z roboty wywali” nie skutkowały, Andrzej dalej wpadał w histerię. Ściągnąłem go na pokład. Przyszedł Kuba, obudzony wrzaskiem. Po wysłuchaniu straszliwej opowieści, że maszt zaraz padnie, Kuba oświadczył: „Andrzej, pieprzysz, ale ja to sprawdzę”.

     Wciągnąłem Kubę na maszt. Kuba – ledwo dojechał do okucia sztagu – wrzasnął: „O, qrwa, na dół!”

     No cóż – kapitan każe, chief musi. Wykonałem komendę „Qrwa, na dół!” naruszając – rzecz jasna – przepisy PZŻ, bo – o ile pamiętam, słynny podręcznik komend żeglarskich takiej komendy nijak nie przewidywał.

     Kuba: „Zwalamy szmaty!”. I tę komendę, równie nieregulaminową, wykonaliśmy.

     Kuba wziął kartkę papieru i zaczął rysować.

     Otóż każdy prymityw techniczny wie (to znaczy – mam nadzieję, że wie), że jeśli w rurze metalowej. (która potem ma być ściskana, skręcana, gięta i poniewierana w każdy inny możliwy sposób) robi się dziurę (Ajajajaj! Co ja piszę! – Jak powiedział pewien profesor politechniki do studenta– Dziurę to masz pan w dupie! A w technice to się nazywa otwór!). No więc, kiedy się robi otwór, to musi on być albo okrągły, albo owalny albo – w ostateczności – prostokątny. W tym ostatnim jednak przypadku nie wolno robić sąsiednich ścian otworu „do winkla”. Trzeba połączenie ich zaokrąglić, możliwie największym promieniem.

     Tymczasem renomowany angielski producent (złego słowa o nim nie powiem po tym, jak się zachował przy reklamacji) wyciął precyzyjnie otwór „do winkla”, w to wstawił idealnie „sprostokątyzowane” okucie sztagu i zespawał. Na „Spanielu” sztag był typu 7/8, a może 6/7, no, jakoś tak. Czyli achtersztag ciągnął maszt za top w stronę rufy, a sztag, zaczepiony ok. 6 m niżej – w stronę dziobu. Wszystko byłoby klawo, gdyby spaw nie zaczął puszczać. Ale – cholera – zaczął! W rezultacie okucie sztagu zaczęło wyjeżdżać z masztu, a w narożnikach górnej części otworu (powtarzam: otworu, nie dziury!) pojawiły się poziome pęknięcia masztu, (piszę w liczbie mnogiej, bo to poszło w lewo i w prawo) które, w momencie naszego epokowego odkrycia – już były poza najszerszym miejscem rury masztowej.

     Tu trzeba by opisać szczegółowo, jakich patentów użyliśmy, żeby jakoś, choć minimalnie wzmocnić nadwerężony maszt. Główny problem polegał na tym, że nie dało się wciągnąć człowieka na top masztu fałem grota, żeby założyć jakiś awaryjny topsztag, bo to byłoby zbyt duże ryzyko. On wisiałby na bloczku 6 m powyżej pęknięcia, czyli – odpiłowywanie gałęzi, na której się siedzi.

     No dobrze, ale co teraz? Stawianie foka nie wchodziło w rachubę. Na miejscu grota postawiliśmy taką większą chustkę do nosa i w drogę. Wyż azorski rozbudował się niebotycznie, wiatry było w granicach od zera do jedynki (na szczęście z tyłu), czasem tylko przywiewała full wypas dwójka. Prędkość wahała się między 1 a 3 węzły i w rezultacie najszybsza łódka na Atlantyku robiła na dobę mniej więcej 50 mil. A do Azorów - ho, ho, albo jeszcze dalej.

     A żarełko się kończy! Pisałem, że mój pomysł, żeby w Hamilton kupić jak najmniej, bo drogo, nie był najlepszy. Jasny gwint! Druga połowa dwudziestego wieku, ludzkość w kosmos lata w te i nazad, a nam, bujającym się między bogatą Ameryką i równie bogatą Europą (no, znaczy – Zachodnią), śmierć głodowa zagląda w oczy.

     I pomyśleć, że ci wredni kapitaliści w Brazylii wywalają setki ton ziarna kakaowego do oceanu, żeby ceny nie spadły. Wiem, bo mnie uczyli tego w szkole podstawowej. :lol:

     Nie było wyjścia. Radio pośredniofalowe, częstotliwość giełdy i pajechali, rebiata: „Polskie statki, polskie statki na Atlantyku, „Spaniel II” woła”.

     Po nawiązaniu łączności z pierwszym statkiem, której oczywiście inne statki słuchały, kiedy rozeszła się wieść o naszej sytuacji awaryjno-głodowej, wszyscy rzucili się nam na pomoc. Ci z PLO i ci z PŻM, a było ich razem na Atlantyku kilkadziesiąt. Niewiele brakowało a doszło by do takiej sceny, jak na „Jak rozpętałem II wojnę światową”, kiedy na arabskim bazarze Kociniak, ogrywając tubylców w trzy karty wybrzydzał: „Nie, bananów już mamy dosyć. Czy któryś z panów nie ma winogron?”

     Kto? „Kopalnia Moszczenica”? Że niby schabowe?. Nie, dziękujemy, schabowych ci u nas dostatek. Nie macie przypadkiem zrazów zawijanych z kaszą gryczaną? Ogóreczek kiszony też byłby mile widziany.

     Najbardziej ucieszył nas kapitan „Żyrardowa”:
- Chłopaki, trzymajcie się, za niecałe trzy dni będę u was.
- Za trzy dni? A gdzie pan jest?
- Właśnie wyszedłem z Kanału Panamskiego. Ale ja jestem szybki chłodniowiec. U mnie cała naprzód to prawie 25 węzłów. Dam w rurę i za trzy dni jestem przy „Spanielu”.

     Ta solidarność ludzi morza jest fascynująca.

     Za „zbawcę” wybraliśmy masowiec PŻM-u „Powstaniec Wielkopolski”, który szedł pod balastem po rudę do Brazylii i niewiele musiał zboczyć z trasy. Wyszliśmy na siebie dziób w dziób. (Małolatom wyjaśniam, że to była, panie dzieju, epoka sekstantu, zwana dzisiaj złośliwie „historią nawigacji”!!! IBM dopiero rok po naszym rejsie wypuścił pierwszego „prawdziwego” peceta, a GPS-ów jeszcze nie wynaleziono.

     Na szczęście pogoda była idealna. Wiatru na lekarstwo. Niemniej jednak ocean „oddycha”. Powstał prozaiczny problem, jak podejść „Spanielem” do burty wynurzonego kolosa, którego pokład był na wysokości topu naszego masztu.

     Polak (zwłaszcza głodny, hi, hi, hi) potrafi. Wykombinowaliśmy, że zrobimy „fałszywą szlagzajtę”. Do wora po żaglu włożyliśmy wszystko, co ciężkie: gaśnice, zapasowy akumulator, skrzynkę z narzędziami, kotwicę, łańcuch kotwiczny i inne żelastwo, podwiesiliśmy to pod nok bomu i – bom do trawersu. „Spaniel” przechylił się o mniej więcej 10 stopni. Dalej się kiwał na boki na martwej fali, ale maszt pionu nie przekraczał.

     „Powstaniec” zaopatrzył nas w żarcie, wodę, paliwo i co najważniejsze – w tzw. duży cybant. Zamówiliśmy mianowicie wcześniej przez radio u starszego mechanika obejmę (opisaliśmy kształt i podaliśmy wymiary) taką, żeby można było ją skręcić śrubami obejmując cały maszt poniżej i powyżej miejsca pęknięcia. Na fali nie dało się tego zrobić, ale w Ponta Delgada na Azorach skręciliśmy ten „cybant” i do Anglii już jechaliśmy śmiało, bez obawy, że za chwilę zleci nam na łeb 6-metrowa rura z wysokości 18 m.

     No fajnie, powie ktoś, ale co by było, gdyby pogoda była gorsza i nie dało się podejść do statku?

     Mieliśmy plan awaryjny: chłopaki na „Powstańcu” pakują żarcie w plastykowe torby, wyrzucają za burtę i „Powstaniec” odpływa. A my już jakoś to sobie wyłowimy.

     Dygresja nawigacyjna: Kiedyśmy wystartowali z New Bedford, zacząłem ganiać słoneczko i gwiazdki sekstantem „co by my wiedzieli, kaj my to som”. Kuba patrzył na to z dużym zainteresowaniem. W końcu zapytał:
- Jak ty to robisz, że to jest tak szybko? Dwie – trzy minuty i masz linię pozycyjną.
- A tobie ile to zajmuje? – odpowiedziałem pytaniem na pytanie, jak nasi starsi bracia w wierze.
- Nic mi nie zajmuje, bo tego nigdy nie robiłem. Nie mam zielonego pojęcia o astro. To znaczy - nauczyłem się kiedyś, żeby zdać egzamin na wielkiego, ale nic z tego nie pamiętam.
- To jak ty na jednych i drugich regatach przejechałeś Atlantyk?
- Jak to „jak”? Na zliczeniówce.
Widok mojej gęby był podobno bezcenny.
Skutek był taki, że posadziłem Kubę, a przy okazji i Radomińskiego w kokpicie (przypominam, że stołu w mesie nie było) i zrobiłem im wykład (o rany, który to już raz w życiu) z cyklu „astronawigacja dla idiotów”. W rezultacie Kuba i Andrzej w każdej wolnej chwili prawie się bili, który z nich zrobi linię pozycyjną.

     Wiadomo wszak, że duzi chłopcy też lubią zabawki, tyle, że działa tu angielska zasada „The difference between men and boys is the price of their toys”.

     Dotarliśmy do Southampton. Przedstawiciel producenta obejrzał maszt i powiedział: „Sorry, nasza wina. Dajcie nam 10 dni na zrobienie nowego masztu”. Zrobili, ale musieliśmy jeszcze czekać ponad tydzień na inną firmę, która robiła olinowanie.

     No i wreszcie wyszliśmy.

     Pech nas jednak nie opuszczał. Jeszcze przed wyjściem z cieśniny Solent – zaczęło się rozwiewać. Kuba zarządził refowanie grota. Poszedłem do masztu, odpuściłem hamulec kabestanu grota – dość nonszalancko przytrzymałem korbę. Niestety, moja wina, za słabo. Korba odbiła i palnęła mnie w ostatni paliczek małego palca prawej ręki. Ból był potworny, ale grota zarefowałem.

     Wyszliśmy na Kanał. W pewnym momencie fala z prawego baksztagu podbiła rufę . Siedzący w nawigacyjnej Andrzej został wyrzucony z fotela, przeleciał lotem koszącym jacht w poprzek, wylądował żebrami na krawędzi szafki w kambuzie i padł. Wrzask, ból w klatce piersiowej , zwłaszcza przy oddychaniu. Wszystko wskazywało, że ma pęknięte żebro, albo i kilka. Ze wskazaniem na „kilka”.

     Co tu robić? Trzeba gdzieś wejść, a my nie mamy żadnego planu portu. Wybraliśmy Calais. Postawiliśmy „Spaniela” w dryf, żeby zwolnić, bo jeszcze była noc i o świcie weszliśmy do portu.

     Tam wezwaliśmy pogotowie, no, znaczy – straż pożarną, bo tam straż wozi chorych. Pojechałem z Andrzejem, żeby przynajmniej wiedzieć, do którego szpitala go zawiozą. Prześwietlenie wykazało pęknięcie kilku (bodajże trzech) żeber, więc położyli Andrzeja w wyrze na kilka dni.

     Wykorzystałem, że lekarz-rentgenolog, młody, sympatyczny facet, gadał w języku langłydż, powiedziałem mu o swoim bólu w palcu.

     - Połóż tu łapę – powiedział lekarz – to ci ją prześwietlę.

     Położyłem prawą dłoń na stole, a pan doktor na to: - Ach jaka piękna fraktura!

     Okazało się, że kość w ostatnim paliczku jest zupełnie odcięta od reszty.
Myślałem, że wsadzą mi to w gips, ale nie…. Nowoczesność w polu i zagrodzie. Na palec założyli mi bajerancką szynę aluminiową wykładaną gąbką. Od górnej części dłoni, dookoła palca i po wewnętrznej części dłoni, aż za nadgarstek. Wróciłem na jacht i czekaliśmy, aż pozwolą Andrzeja transportować. Trwało to 5 czy 6 dni.

     Dzięki szynie, która unieruchamiała mi palec w pozycji „ruki po szwam” odkryłem, do czego w życiu codziennym jest potrzebny mały palec. Otóż – jest niezbędny do smarowania chleba! Kiedy trzymamy w prawej ręce nóż, nie zdajemy sobie sprawy z tego, że małym palcem przytrzymujemy trzonek, żeby się nie obracał. Przy wyprostowanym i unieruchomionym małym palcu posmarowanie kromki masłem, zwłaszcza chłodnym – to wyższa szkoła jazdy.

     Dygresja: W ostatnim dniu regat Kubie wysiadł samoster. Ostatnią dobę przejechał na ręcznym sterowaniu. W naszej drodze powrotnej nie miało to dotąd większego znaczenia, bo na pokładzie było pięciu chłopa. Teraz jednak było inaczej. Frederic się wyokrętował, Andrzej – jak wróci – będzie płynął w stanie leżącym, więc do sterowania zostanie nas trzech: Kuba, Jurek i ja. Kuba się zaparł, że skoro i tak nie mamy nic do roboty – spróbuje rozgryźć ten samoster i naprawić go.

     Jak powiedział – tak zrobił. Minęły trzy dni dłubania i – samoster działa. Prawie nówka sztuka, mało śmigana. Wrócę jeszcze do tego tematu później.

     Po odebraniu Andrzeja ze szpitala [ze wskazaniem: ma leżeć na wygodnym (he, he, he) i stabilnym (hi, hi, hi) łóżku] – wyszliśmy z Calais. Pogoda paskudna. Silny wiatr i mglisto, chwilami silna mgła.

     Kurs – na Texel. Nad ranem wysztrandowaliśmy na holenderskim Noorderhaaks przy Den Helder. Jest to opisane i przez Andrzeja w „Okraku” i w orzeczeniu Izby Morskiej.

     Pudełko: Siedzisz na mielu i nic nie rozumiesz

     Siedzimy na płytkim, w dużym przechyle, co chwilę przez cały jacht przewalają się fale. W jakiś czas po wezwaniu pomocy – podpłynęła motorówka ratownicza. Zatrzymała się 50 m od nas, po czym z motorówki wysiedli dwaj faceci i… przyszli pieszo do nas. Co jest? Chrystus ze świętym Piotrem czy cóś? Dopiero po dłuższej chwili dotarło do nas, że skoro my leżymy prawie na burcie, to całe „groźne morze” wokół ma głębokość metrową.

     Ustaliliśmy co i jak, no i się zaczęło.

     Punkt pierwszy – to zabranie Andrzeja na ląd. Punkt drugi – ściągniecie „Spaniela” z mielizny. Z pierwszym – nie było problemu, natomiast z drugim...

     Przy następnej wysokiej wodzie przyszła motorówka. Nic. Przy następnej – dwie. Nic. Holendrzy zażyczyli sobie zamówienia dużego holownika. Kuba zamówił. Przypłynął potężny „Titan” z Ijmuiden. Zawodowcy. Holownik miał 6 m zanurzenia, więc zakotwiczył 2 kable od nas, bo bliżej nie mógł. Przywieźli z sobą 150 m liny. Postali chłopcy, postali, stwierdzili, że nic się nie da zrobić i odpłynęli.

     Kiedy woda opadała, jacht leżał na miękkim piasku, a my robiliśmy sobie spacery po Noorderhaaks. Potem wody przybywało, więc trzeba się było szybko ewakuować na „Spaniela”. I tak przez trzy doby, mimo próśb, gróźb, naszych wrzasków przez UKF-kę i innych „środków nacisku”.

     Po trzech dniach kapitanat podjął męską decyzję. Syzygia się kończy. Dzisiaj albo za dwa tygodnie. Przypłynęły trzy motorówki, wzięły nas za łeb, znaczy za balast, (myśmy postawili i wybrali „na blachę” żagle, żeby zwiększyć przechył) i bez większych problemów ściągnęły nas z mielizny. A kiedy „Spaniel” wyprostował się na głębokiej wodzie – musieliśmy awaryjnie zrzucać żagle, bo jacht zaczął ciągnąć motorówki. W porcie przyszedł nurek, stwierdził brak jakichkolwiek uszkodzeń, poza paroma lekkimi zarysowaniami żelkotu.

     Pudełko: O czym Radomiński nie napisał, bo wtedy nie mógł.

     Wydaliśmy dziękczynne przyjęcie. Zaprosiliśmy miejscową elitę. Między innymi – szefa, o, pardon, prezydenta policji. No i szef puścił farbę:

     - Chłopaki, wybraliście najgorszy możliwy dzień na to sztrandowanie. My tu mamy konferencję admirałów NATO. Każdy przyjechał ze swoją ochroną, ja mam wszystkich swoich postawionych na baczność, w tym mieście już nikt nie wie, kto kogo ma pilnować. I nagle, niemal pod oknami sali konferencyjnej włazi na mieliznę jakiś jacht z banderą państwa Układu Warszawskiego, rzekomo jednostka sportowa.

     Mogliśmy was ściągnąć od razu, ale dostaliśmy zakaz. Polecono mi posłać przy następnej wysokiej wodzie płetwonurków, żeby sprawdzili, jakie urządzenia macie wbudowane w dno. Potem czekaliśmy na ustalenie, kim wy naprawdę jesteście. Dopiero kiedy Amerykanie (cholera wie kto, chyba CIA) ustalili, sprawdzając w Newport, że to naprawdę jacht sportowy i to najszybszy w regatach, dostaliśmy zgodę. No to wzięliśmy was za łeb i do portu.

     Pudełko: Szczęśliwy powrót bez happy endu

     Dwa dni później wyszliśmy. Powrót do domu był właściwie bez większych ekscesów, jeśli nie liczyć mrozów i śnieżycy. Kanał Kiloński przechodziliśmy przy minus 5 i śnieżycy ze wschodu. Po 15 minutach sterowania następowała zmiana, a sternik wchodził do środka i usiłował roztopić lodową skorupę łączącą brodę, kaptur i kołnierz swetra.

     Zatrzymaliśmy się jeszcze na 1 dzień w Kieler Yacht Clubie. Wieczorem wyszliśmy, rozcinając w basenie klubowym taflę lodu. Następnego dnia weszliśmy do basenu „Certy” w Świnoujściu. Tam dowiedzieliśmy się, że właśnie przyszła wiadomość, iż Czesław zginął, „Raczyński II” zatonął, a załogę uratował jakiś statek, który płynie na Karaiby.

     Kuba się wyokrętował i pojechał do domu, a my we trójkę dopłynęliśmy do basenu jachtowego na Golęcinie. Ściślej – we czwórkę, bo na dziobie ulepiliśmy bałwana ze śniegu zebranego na pokładzie.

     A tam było huczne powitanie: Czekała na nas… komisja inwentaryzacyjna, bo przed planowaną sprzedażą „Spaniela” trzeba było ustalić, co na nim jest, a czego nie ma.

     „Spaniel” stał przez wiele miesięcy na Golęcinie, aż wreszcie znalazł się klient z Łotwy. Jacht sprzedano, ku irytacji nie tylko Kuby, ale i niemal całego środowiska żeglarskiego.

     Straciłem „Spaniela II” z oczu na 20 lat.

     Pudełko: Dwadzieścia lat później

     Jest rok 2002. „Pogoria” startuje, jak co roku w (ówczesna nazwa) Cutty Sark Tall Ship Races. Miał dowodzić Piotr, o, pardon, baczność! Admirał Piotr Kołodziejczyk, spocznij!, ale cóś zachorzał, więc STAP zrobił łapankę na kapitanów.

     Metodą starego konspiratora przemykałem kanałami ze Starego Miasta na Żoliborz, ale pan dyrektor Marek Kleban był lepszy (czyżby też miał dziadka w Wermachcie?). Wrzucił do studzienki handgranat, ogłuszył mnie, wyciągnął i kazał jechać na „Pogorię”.

     W ten sposób nagle i niespodziewanie wylądowałem na „Pogorii” w pięknym porcie La Coruna. Tam przywitał mnie oficer Nedoma Jasiek obłudnym, jak zwykle, tekstem, że się cieszy, że mnie widzi. Zrewanżowałem mu się taką samą obłudą mówiąc, że ja też się ucieszyłem na jego widok.

     Na razie staliśmy, jak i pozostałe 70 jednostek w porcie i zaliczaliśmy kolejne imprezy, spotkania i inne „receptions”. Po południu pojawiły się na „Pogorii” dwa małolaty, bardziej rosyjsko niż anglojęzyczne i wręczyły mi zaproszenie na „niebolszoj prijomczik na łatwijskoj jachtie „Spaniel”.

     Językowo – określenie „niebolszoj prijomczik” oznacza małe przyjątko, ale życiowo oznacza (AIKI, jako znawca tamtejszych obyczajów, chyba potwierdzi), że będzie to nie więcej niż pół litra na twarz.

     Bardzo mi to odpowiadało, więc powiedziałem chłopakom, ze chętnie wpadnę, bo chciałbym po 20 latach zobaczyć, jak teraz wygląda „jachta”, na której przejechałem Atlantyk z pękniętym masztem.

     Chłopaków zamurowało. Wyglądali tak, że biblijną żonę Lota można by śmiało uznać za rozrywkową panienkę, która właśnie robi dwa salta z półśrubą. Musieliśmy ich ratować solami trzeźwiącymi. No, może nie były to akurat sole, raczej jakieś płyny. Jasiek! Nie pamiętasz czasem, czym ich doprowadziliśmy do stanu używalności?

     Kiedy ożyli, na przemian gadali, że koniecznie muszę przyjść, bo oni pływają na „Spanielu” od lat, wiedzą, że to jest sławna łódka, ale nie maja żadnej wiedzy, na czym ta sława ma polegać. Dla nich wszystko, co było przed postawieniem na rufie bandery łotewskiej – to tabula rasa.

     Wieczorem przebrałem się za kapitana (takie są obyczaje na TSR), poszedłem na „Spaniela” i… zepsułem przyjęcie innym kapitanom. Goście dostali po kielichu i nikt się nimi nie zajmował, bo załogę jachtu interesowały tylko moje opowieści. Wśród załogi był również dziennikarz jednej z ryskich gazet. Ten trzymał przez cały czas ziobrofon przed moją twarzą, więc prawdopodobnie moje trucie znalazło się na łamach.

     A ja przy okazji dowiedziałem się dalszego ciągu spanielowej historii. Otóż „Spaniela” kupił od PZŻ Instytut Oceanografii z Rygi dla swojego „jachtkłuba”. Kiedy padł Związek Radziecki i Łotwa odzyskała wolność, zaczęto (podobnie jak u nas) prywatyzować, co się da. „Spaniela” sprywatyzowano w całości. Kupił go jeden z dyrektorów, na szczęście żeglarz (z zamiłowania, nie z nominacji). Zorganizował grupę zapaleńców, jacht jest intensywnie eksploatowany, co roku startuje w Tall Ship Races i w swojej klasie albo wygrywa, albo przynajmniej zajmuje miejsce „na pudle”. Oficjalnie dalsza historia wygląda tak (ze strony www Spaniela):

     New boat of 56 ft LOA under the name of SPANIEL II was built in Szczecin in 1979 to replace the 38ft SPANIEL, the 3rd place winner in OSTAR 1976. SPANIEL II skipped by Kazimir Jaworski was 1st of monohulls in OSTAR 1980 race, making the single-handed East to West Atlantic crossing in 19 days and 13 hours. In 1982 this yacht was sold to Latvian Academy of Science, renamed as SPANIEL again, based in Riga and engaged in marine environmental research projects, participated in racing and cruising as well. Since 1997 under private ownership SPANIEL started sail training activities. Over 150 youngsters have been participating in different sailing activities including The Cutty Sark Tall Ships’ Races, where SPANIEL was prizewinner in 1998, 1999, 2000, 2001, 2002 and 2003 Races. SPANIEL was successful participant also since 2004 in The Tall Ships’ Races where SPANIEL was prizewinner in 2004, 2005, 2006 and 2008 Races.

     Wtedy, tzn. w 2002 r. kapitanem był właściciel, Gunars Šteinerts , bardzo sympatyczny facet. Sześć lat później, o czym pisał Jasiek Nedoma, spotkałem „Spaniela” w - nomen omen -Den Helder, kiedy zakończyłem TSR na „Zawiszy” z niewidomą załogą, ale był tam już inny kapitan.

     Cóż, żal serce ściska. Można się tylko pocieszać, że „Spaniel II” trafił w dobre ręce.

     Wracamy do pudełka „20 lat wcześniej”

     W owych czasach w PRL działały dwie firmy ubezpieczeniowe. PZU ubezpieczało „na kraj”, „Warta” zaś – „na zagranicę”. Na przełomie lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych wszystkie jachty – na podstawie decyzji centrali, ubezpieczał oddział „Warty” w Koszalinie.
Tam też był ubezpieczony „Spaniel II”.

     Nasza współpraca z „Wartą” w czasie rejsu układała się „dobrze, ale nie beznadziejnie”.

     Najpierw parę opisów wziętych z „Okraka”. Dzięki Kuszy, który podrzucił mi książkę i dzięki Andrzejowi, który zgodził się na umieszczenie tu cytatów – oto parę smaczków:

     Przykład I: ( Z Calais)

     W Calais powstał problem zapłaty za szpital, w którym opatrywano żebra Andrzeja. Kuba dorwał się do telefonu, a po paru godzinach zeznał:

     Nasz przedstawiciel w Paryżu odesłał mnie do agenta w Calais. Wprawdzie ten agent od trzech miesięcy nie żyje, ale wdowa po nim podała mi telefon jakiegoś faceta, który znał numer firmy, skąd z kolei odesłano mnie pod jakiś numer w Paryżu. Okazało się, ze to jest ten sam przedstawiciel, z którym już rozmawiałem. Ucieszył się, że znów do niego dzwonię, gdyż miał dla mnie, jak stwierdził, dobrą wiadomość:

     - Nie martw się pan, już po kłopocie. Przed godziną dostałem informację, że ten pański marynarz w szpitalu już nie żyje. To znacznie ułatwi sprawę, bo zyskujemy czas na załatwienie formalności i kosztów.

     Przykład II: (Z Southampton)

     „Termin zakończenia remontu ustalono na 8 listopada. O kolejne 10 dni przedłużał się nasz rejs. Zapasy prowiantu, wody i gazu do kuchenki – kompletnie wyczerpane. Nasza cierpliwość – także. (…) Od czasu do czasu nieco emocji wprowadzały telefony z GAL-u w Londynie, informujące nas o zmiennych losach batalii w sprawie diet należnych nam z racji ubezpieczenia za czas postojów wywołanych awarią. Warta walczyła jak lew o każdego niemal centa.

     W końcu GAL uzyskał zgodę na wypłacenie nam należności, ale tylko za okres remontu w Southampton. Poprzednie postoje – ponieważ napraw dokonywaliśmy sami, bez żadnych kosztów dewizowych i, o czym świadczy najdobitniej fakt dopłynięcia do Anglii, nie pomarliśmy z głodu – nie wchodzą w grę.”

     Przykład III: (z Den Helder)

     „Chcemy wypłynąć nazajutrz po zrobieniu koniecznych zapasów i uzupełnieniu utraconego, a niezbędnego do dalszej żeglugi wyposażenia. Przybyły z Rotterdamu agent naszej spółki ubezpieczeniowej, po obejrzeniu i zatwierdzeniu listy potrzebnego sprzętu (zawierającej takie m. in. pozycje, jak: dwa koła ratunkowe, porwane na mieliźnie przez fale, czerwone rakiety spadochronowe zużyte podczas akcji, dziobowa lampa pozycyjna strzaskana przez sztorm) bez słowa obiecał pokrycie rachunku u dostawcy okrętowego, rozumiejąc doskonale, iż żaden kapitan nie zdecyduje się na opuszczenie portu bez tak istotnego wyposażenia.

     Następnego dnia (…) oniemieliśmy, gdy nasz agent, sam również bezbrzeżnie zdziwiony, jąkając się niemal (ze wstydu?) przekazał nam stanowisko swych mocodawców, nie zezwalające na jakiekolwiek wydatki dla uzupełnienia brakującego sprzętu.

     - Ja wiem, że to sprawa bezpieczeństwa, nawet przepisów, właściwie nie wolno wam przecież wypływać bez tych rzeczy, dla mnie to oczywiste, ale co mogę poradzić, dostałem wyraźny teleks: żadnych kosztów. Takie dostałem polecenie – tłumaczył się agent.

     Nasz holenderski przyjaciel, który nas woził swoim samochodem i siłą rzeczy był świadkiem rozmów prowadzonych po angielsku z agentem, delikatnie powstrzymywał się od wszelkich komentarzy i pytań. Kiedy jednak dojechaliśmy do klubu, przeprosił nas za swą, jak to określił, „z dobrego serca płynącą niedelikatność” i zaproponował, że podejmie się zorganizowania… składki na konieczne nam wyposażenie. Nie trzeba chyba opisywać, jak czuliśmy się w tym momencie.

     Następnego dnia, po kolejnej interwencji holenderskiego agenta, z kraju nadszedł kolejny teleks, tym razem zezwalający agentowi na pokrycie kosztów zakupu koniecznego sprzętu i wyposażenia. Problem został rozwiązany, tyle, że cała doba stracona.”

     Glosa (z Den Helder)

     Na spotkanio-przyjęciu, tym, na którym szef policji wyjaśnił, dlaczego akcja ratownicza tak długo trwała, wydarzył się pewien incydent. Andrzej opisuje to tak:

     „W uroczystym tłumie Gości Oficjalnych nie bardzo mogliśmy się jednak połapać, kto kogo reprezentuje. Już po sporządzeniu i podpisaniu protokołów z akcji, z oględzin technicznych jachtu, po spisaniu strat i uszkodzeń, w części właściwie towarzysko-kameralnej jakiś nie odzywający się dotychczas dżentelmen zwrócił się do naszego kapitana z prośbą o podpisanie wypełnionego przez siebie wcześniej formularza.
Uczynił to w sposób sugerujący marginalne znaczenie dokumentu; „ot, tak, dla formalności”. Na szczęście dokument był wypełniony w języku angielskim, a Kuba, mimo totalnego zmęczenia, wykazał rewelacyjną wręcz czujność, czytając nawet akapit, przypadkowo zapewne przysłonięty ręką naszego gościa, który usłużnie przytrzymywał formularz do podpisu.

     Ten dla formalności tylko sporządzony dokument nosił tytuł „Protokół z przeprowadzonej akcji ratowniczej”, a „mało ważny:, prawie niezauważalny akapit mówił, iż „Spaniel” został uwolniony z mielizny przez holownik „Titan” przy asyście łodzi ratownictwa brzegowego.

     Kapitan spokojnym głosem polecił przedstawicielowi Wijsmullera (nim to okazał się być cichy dżentelmen) przeredagowanie protokołu zgodnie z prawdą.
Podpisany przez Kubę protokół brzmiał: „Spaniel” uwolniony został przez łodzie ratownictwa brzegowego – K.N.Z.H.R.M. – przy asyście holownika „Titan”.

     Przedstawiciel słynnej firmy, nie skonfundowany bynajmniej niemiłym wydarzeniem, określił rzecz całą jako nic nie znaczące przejęzyczenie i zaproponował toast… za tych, co na morzu. No cóż, zawodowiec… Wymieniliśmy z chłopcami z lifeboatów znaczące spojrzenia.”

     Finał spraw ubezpieczeniowych

     Minął rok albo i więcej. Nagle otrzymuję pismo w koszalińskiej „Warty”, z którego wynika, że mam zapłacić im 10 000 złotych.

     Dzwonię do Kuby: - Też dostałeś taką bumagę??

     - Tak. Nie bardzo wiem o co chodzi, ale ja teraz projektuję jacht w Berlinie Zachodnim. Siedzę cały tydzień w Berlinie, do domu przyjeżdżam na weekendy. Pomyślałem, że jak „Warta” odda sprawę do sądu, którym zagroziła – będę musiał co chwilę przyjeżdżać na rozprawy. To dla mnie żaden interes. Machnąłem ręką, zapłaciłem im tę dychę i niech się odpieprzą.

     - Mam ci zwrócić połowę?

     - Daj sobie siana. Ta dycha to dla mnie teraz parę godzin pracy. Postawisz przy okazji piwo i będziemy kwita.

     Wyjaśnienie o co tu chodzi, bo dla dzisiejszych żeglarzy jest to sprawa zupełnie niezrozumiała:

     Otóż w świetlanych czasach obowiązywała Umowa Generalna podpisana przez ZG PZŻ i Centralę „Warty”. Umowa przewidywała, że PZŻ zobowiązuje się ubezpieczać wszystkie jachty morskie w „Warcie”, a „Warta” zastosuje specjalne zniżki w stosunku do „normalnej” taryfy.

     Była to sztuka dla sztuki w postaci czystej. Bez tej umowy nic by się nie zmieniło. Zobowiązanie się PZŻ było o kant potłuc. PZŻ mógł sobie chcieć ubezpieczyć jachty gdziekolwiek, ale do wyboru była „Warta”. „Warta” z kolei mogła sobie ustalać taryfy, zniżki i zwyżki wg własnego widzimisię, bo nie miała konkurencji.

     Ot, coś takiego, jak w raju. Pan stworzył Ewę i powiedział do Adama: wybierz ją sobie za żonę.

     Istotne w tej umowie było sformułowanie, że w przypadku awarii (w sensie – zdarzenia ubezpieczeniowego) z winy załogi – załoga płaci „Warcie” kwotę 10 000 złotych. Uzasadnieniem (PZŻ-towskim) tego sformułowania była chęć tzw. zdyscyplinowania załóg, czyli – żeby załoga bardziej dbała o unikanie wypadków.

     Stąd moje pytanie do Kuby, czy mam mu zwrócić połowę, bo – moim zdaniem – załoga (w postaci Kuby) „Warcie” tę dychę zapłaciła. Aha, ta dycha – to wówczas było trochę mniej, niż średnia miesięczna płaca.

     W rezultacie – olałem problem.

     Minął jakiś czas i dostałem powiastkę do sądu. Koszalińska „Warta” domagała się dychy. „Warta” chciała mi chyba zrobić dobrze, więc skierowała pozew do Sadu Rejonowego w Warszawie (to się chyba wtedy nazywało Sąd Powiatowy). Tragedia! To zapewne była pierwsza sprawa dotycząca ubezpieczeń morskich w Warszawie.

     W składzie orzekającym była pani sędzia, na oko lat dwadzieścia parę, chyba świeżo po studiach i aplikacji i dwaj emeryci – ławnicy. Staruszkowie ławnicy usnęli w piątej minucie rozprawy, a pani sędzia wyglądała jak jednoosobowa publiczność na meczu tenisowym. Mówił mecenas – radca prawny koszalińskiej „Warty” – głowa w prawo, mówiłem ja – głowa w lewo.

     Istotą sprawy była interpretacja określenia „załoga”. Wg mnie – „załoga” to „załoga”. Wg „Warty” – „załoga” – to każdy członek załogi osobno. Inaczej mówiąc – każdy członek załogi powinien zapłacić „Warcie” 10 tys. zł.

     Myśmy z mecenasem sobie pogadali, Wysoki Kryminał nam nie przerywał, po jakimś czasie zakończył rozprawę. Zapadł wyrok. Wygrała oczywiście „Warta”. Ubawiło mnie setnie uzasadnienie wyroku, które brzmiało:

     „Ponieważ powód wystąpił z powództwem – należało orzec jak wyżej”.

     Logika nie do podważenia! No jasne! Przecież gdyby powód nie wystąpił – wyrok byłby zupełnie inny!

     Naiwny – odwołałem się do sądu wojewódzkiego. Tam już o ławnikach-staruszkach nie było mowy. Skład – trójka sędziów. Płci pięknej. Było podobnie, tylko, że teraz trzy głowy obracały się to w lewo, to w prawo, bo cały skład sędziowski nie bardzo rozumiał, o czym my z mecenasem mówimy. Po zakończeniu rozprawy, kiedy pakowałem „pomoce naukowe” do teczki, pani sędzia przewodnicząca zapytała:

     - Czy mógłby pan pożyczyć sądowi ten egzemplarz Kodeksu Morskiego, bo – jak sprawdziłam – w bibliotece sądu go nie ma.

     Oczywiście pożyczyłem, ale moje podlizanie się Wysokiemu Sądowi nie pomogło. Przegrałem. Odebrałem z sekretariatu sądu egzemplarz Kodeksu Morskiego, zapłaciłem koszalińskiej „Warcie” 10 patyków i na tym sprawa się zakończyła.

     I wcale mnie nie usatysfakcjonowała wiadomość, że w jakiś czas później dyrektor oddziału „Warty” wylądował w pudle. Nie, nie z powodu „Spaniela”, za jakieś tam nadużycia.

     Janusz Zbierajewski

wróć na początek strony...




Reportaż z TSR 2012

Reportaż z pokładu „Kapitana Borchardta” nagrany w czasie II etapu The Tall Ships' Races 2012 na trasie Lizbona - Kadyks, zrealizowany przez dziennikarkę Polskiego Radia Szczecin, Panią Katarzynę Wolnik-Sayna.

     Katarzyna Wolnik-Sayna: Gdyby tak wiało jak teraz, to kiedy będziemy?

     Janusz Zbierajewski: Dwie i pół doby i przelecimy. Prognozy mówią, że po dwóch dniach zdechnie. To znaczy, też będzie kierunek słuszny tylko, tak mniej-więcej, pięć węzłów, osiem węzłów. No to tak się będziemy wlekli, no.

***

     Rysiek Rajchel: Dobra, dobra. Luzujesz na tych szotach? Nisko na tych nogach, nisko na nogach. Dobra, obłóż, obłóż tam kontraszoty. Obłóż, wybierz luz i obłóż.

     JZ: Stawiamy, a potem jak wszystkie będą stały, będziemy się bawić. Doregulować, odregulować, stawiamy w tej chwili.

     RR: Ja wiem, że stawiamy, ale ja tylko jeden jestem, który stawia te żagle.

     JZ: Założyć na knagę i do następnego żagla.

***

     JZ: W tej chwili tu jest, na dużej skali jest mapa kawałka Lizbony plus Rio Teżo, jak mówią Portugalczycy, czyli rzeki Tag, która jest takim sporym rozlewiskiem. I teraz zgodnie z programem przygotowań do parady wszystkie statki odchodzą od kei - większość już odeszła. Są wyznaczone dwa kotwicowiska, jedno tutaj bliżej portu i brzegu, i Lizbony - to jest dla klasy B, czyli dla tych takich średnio-dużych jak my. Dalej będą stawały statki klasy A, czyli te największe. I przejdziemy wzdłuż rzeki, wzdłuż całej Lizbony, pod mostem, tam wszystkie statki oddaja salut.

     KWS: Ale tu już stawiacie żagle za mostem.

     JZ: Sprawna załoga, taka już po tygodniu rejsu, która wie, o co chodzi, no to potrafi te wszystkie żagle postawić - ja wiem - w 20 minut, pół godziny. Ponieważ to jest załoga, która przybyła w większości wczoraj i pierwszy raz dotyka tych wszystkich sznurków, w związku z tym trzeba każdemu pokazać, co ma robić metodą idiotoodporną - ty trzymaj ten sznurek, a ty ten.

     KWS: Ten czerwony, ten czerwony.

     JZ: Ty ten czerwony, a ty ten niebieski. Bo, jak się te sznurki nazywają, to się dowiemy już po starcie w regatach. W związku z tym, ta mała wprawność załogi powoduje, że ja, no, przynajmniej półtorej godziny wcześniej, jeszcze być może na kotwicy, zacznę stawiać niektóre żagle, bo potem nie zdążę.

***

     JZ: Dojście do żeglarstwa morskiego było dość nietypowe i trwało bardzo długo. Jako niespokojne dziecko pod tytułem licealista wszystkie wakacje spędzałem na jakichś wyjazdach, przy czym to nie były kolonie, bo to było nudne, tylko jakieś obozy z jakimś tam szkoleniem. M.in. zrobiłem sobie żeglarza na Jeziorze Sławskim i doszedłem do wniosku, że to nie jest zajęcie dla prawdziwego mężczyzny, bo człowiek siedzi na jakimś takim czymś małym, tu jakiś kawałek kija trzyma - to się nazywa rumpel, tu jakiś kawałek sznurka, co chwilę jakieś krzaczory, jakieś sitowie, trzciny. Bez sensu. Nie, to nie dla mężczyzny. Potem, już jako dorosły mężczyzna zostałem namówiony przez kumpli - a dla towarzystwa, jak wiadomo, Cygan dał sie powiesić - na obóz na stopień sternika jachtowego. Pojechałem, zrobiłem stopień sternika jachtowego i utwierdziłem się w przekonaniu, że nie jest to zajęcie dla prawdziwego mężczyzny, lat kilkanaście. Nudno po prostu, nudno.
     Natomiast, przez czysty przypadek, klub, do którego się zapisałem, wyczarterował jacht z Trzebieży w następnym roku, żeby zrobić taki klubowy rejs morski. Wypłynęliśmy - to była „Dziwna”, ale nie ta (Szczecinianie wiedzą, co to jest „Dziwna”, „Ina” i „Piana” - to są takie jotki-osiemdziesiąt stalowe jachty). Ciekło to draństwo wszystkim, co sie dało, wszystkimi klepkami i przez pokład i przez kadłub. Wyszliśmy, silnika nie było, po kilkunastu godzinach za Świnoujściem zrobiła się dziewiątka Beauforta i tak już zostało przez trzy doby. No i się okazało, że to jest zajęcie dla prawdziwego mężczyzny. I tak już zostało. No, im bardziej bractwo chorowało i narzekało, tym bardziej ja rozumiałem, że to jest to, o co chodzi, bo tu jest równa walka z żywiołem - nikt nikomu świni nie podłoży, nikt na nikogo nie doniesie do Neptuna, że to jest walka fair po prostu, czego na lądzie nie ma. No i tak już mi zostało.
     Potem przez wiele lat ani dnia urlopu nie spędzałem na lądzie, potem zacząłem pływać coraz więcej, aż w końcu przeszedłem na zawodowstwo zgodnie z amerykańską zasadą na satysfakcję z pracy, która brzmi: zastanów się, co lubisz robić najbardziej, a potem znajdź faceta, co ci będzie za to płacił. No więc ja tak znajdowałem. W rezultacie zamieniłem hobby na pracę zawodową. Byłem kapitanem prawie wszystkich polskich żaglowców. No, w tej chwili wypływam na Borchardzie. Andrzej Korycki znany dość powszechnie w kraju członek zespołu Stare Dzwony, kompozytor, gitarzysta i szantymen napisał kiedyś taką bardzo fajną piosenkę, której refren się kończy tak: „Ej, wilki, wilki, wilki morskie, gdzie wyście się podzieli, gdy pierwsza syrena parowców zawyła, wyście swe żagle zwinęli”. No więc ja nie zwinąłem swoich żagli. Ja wolę ten luz, tę przestrzeń i tę samodzielność, którą mam na statku żaglowym. Tu jest coś, czego się na codzień nie dostrzega. To znaczy, tutaj ja czuję się człowiekiem wolnym. W jakim sensie? Oczywiście, mnie też obowiązują różne ograniczenia, przepisy itd. itd. Chociażby prawo drogi morskiej. Ja tutaj mam ograniczenia formalne typu port startu, termin i port przeznaczenia.

***

     JZ: Jak mówił patron tego statku, kapitan Borchardt, cytując Mamerta Stankiewicza, ma być „znaczy, porządnie” wszystko zrobione.

     KWS: Czy myślisz, że ci młodzi ludzie, którzy są teraz na pokładzie, czytali kiedyś Borchardta?

     JZ: Wątpię.

     KWS: Czy te zasady borchardowskie są na tyle uniwersalne, że nie trzeba go czytać i są przekazywane przez innych, starszych żeglarzy młodszym?

     JZ: Te zasady, w pewnym sensie, obowiązują i dzisiaj. Większość młodzieży idzie do żeglarstwa, żeby, jak oni mówią, mieć „fun”. Tego typu żeglarz na żaglowcach uczy po pierwsze sztuki dowodzenia, apo drugie sztuki współpracy. Dla ludzi, którzy chcą kierować zespołami coraz większymi to to jest bardzo dobra, pierwsza szkoła.

     KWS: Tak, tym bardziej, że nie ma gdzie uciec.

     JZ: Tak.

***

     JZ: Tu jesteśmy trochę zasłonięci nadbudówką, więc trochę mniej wieje, niż gdybyśmy wystawili głowę. I w tej chwili to jest czwórka Beauforta.

     KWS: Mówią tutaj, że niektórzy dzisiaj mogą chorować.

     JZ: Oczywiście, no, jest trochę fali. Kto nie przyzwyczajony, a bardzo czuły, to zaraz pewnie odda hołd Neptunowi. Znaczy, ja zawsze pocieszam załogę, że historia medycyny nie zna przypadku zejścia śmiertelnego z powodu choroby morskiej. Z chorobą morską jest trochę legendy. Mianowicie, wszystkim się to kojarzy z wymiotowaniem, co jest słuszne, dlatego że to jest taki spektakularny widok, jak na relingu wisi 10 osób i karmi dorsze. Natomiast to nie jest całkiem prawda. Otóż pierwszy objaw choroby morskiej, z czego sobie ludzie nie zdaja sprawy, to jest wyczulenie na zapachy. Nos się robi jak u wyżła, jak u psa myśliwskiego. Przy czym zmieniają się kategorie. Mianowicie, w normalnych warunkach zapachy możemy w ogóle podzielić na 3 grupy: przyjemne, neutralne i nieprzyjemne. Pierwszy objaw choroby morskiej: zwiększona czujność i wyczucie zapachów, i znika kategoria „zapach przyjemny”. Takie zwierzę przestaje w tej przyrodzie istnieć. Istnieją dwie kategorie: zapach neutralny - jest to świeże powietrze na pokładzie i wszystko inne jest nieprzyjemne - zapachem nieprzyjemnym. Nie ma znaczenia - gnojówka, ropa naftowa czy Channel nr 5. Wszystko razi. W związku z tym punkt pierwszy - wyjść na świeże powietrze, jak najwięcej świeżego powietrza. Po drugie - oddychać. Po trzecie - nie myśleć o tym. Jest takie powiedzenie żeglarskie: sternik nie rzyga. Bo sternik jest zajęty robotą, w związku z tym on zapomina: „Aha, miałem puścić pawia”. Nie, on ma robotę. Jak schodzi z wachty i zaczyna kombinować, jakby tutaj rzygnąć, to w końcu jest to przepowiednia samospełniająca się i rzeczywiście oddaje hołd Neptunowi.

***

     KWS: Ja słyszałam, że ty bardzo lubisz pływać z młodzieżą. Wolisz z młodzieżą, czy z dorosłymi, jak to jest?

     JZ: Bardzo mi się podoba, że tutaj, jeżeli ja z czymś walczę, czy bronię się przed atakiem, to to jest atak sił natury. W związku z tym, umownie mówiąc, Jego Królewska Mość Neptun zupełnie nie jest zainteresowany, czy ja głosowałem w ostatnich wyborach na PiS, na SLD, czy na PO. Jego nie interesuje, czy ja miałem dawniej wujka w komitecie, a teraz to mam szwagra biskupa. Zupełnie go to nie interesuje. Nie interesuje, czy ja wierzę w tego boga, czy w tamtego, czy w żadnego boga. On, jak mi przykłada, to przykłada wszystkim równo. Żebyśmy tutaj mieli 10 jachtów i na każdym kapitana z innej półki wiekowej, z innej religii, z innej rasy, z innego koloru skóry itd., wszyscy tak samo oberwą równo od Neptuna, bo on gra fair. Na lądzie tej gry fair nie ma, po prostu.

***

     JZ: W środowisku żeglarskim rozpowszechnił się taki pół żartem, pół serio, ale prawdę mówiąc bardzo mądry, choć mój, muszę się pochwalić, tzw. regulamin Zbierajewskiego, w skrócie regulamin Zbieraja. Niektórzy armatorzy pytali mnie, czy mogą wygrawerować sobie na tabliczce mosiężnej i w mesie powiesić i znam kilkanaście co najmniej takich jachtów, gdzie taka tabliczka z moimi zasadami wisi. To jest regulamin, który ma trzy paragrafy. Paragraf pierwszy: ma być bezpiecznie. Paragraf drugi: ma być miło. Paragraf trzeci: koniec regulaminu. Z takich, czasami nielubianych przez niektórych członków załogi, zasad jest to, że u mnie na morzu jest tak, jak w kodeksie drogowym: za alkohol - pierwszy port i na brzeg. Nie ma alkoholu w czasie rejsu. Nie ma - coś takiego u mnie nie istnieje. W porcie osoby dorosłe, jak pójdą do najbliższego baru, czy nawet na pokładzie wypiją sobie long drinka czy piwo, nie widzę przeszkód. Natomiast, na morzu absolutny zakaz totalny picia alkoholu i jestem tutaj bezwzględny. I już w jednym rejsie pięć osób za wypicie piwa na jachcie wysiadło w porcie, natychmiast.

     KWS: Czy wiek, doświadczenie sprzyja byciu kapitanem.

     JZ: Po pierwsze, trzeba mieć predyspozycje. Jeden je ma, drugi nie ma. Po drugie, z kapitanem jest trochę tak jak ze szlachetnym winem, znaczy im starsze, tym lepsze. Nie, oczywiście to są ogólne reguły. Znam bardzo młodych kapitanów, którzy są znakomici i znam starych kapitanów, którzy są do niczego. Nikt się nie rodzi mądry, co zrobić jak nagle przydzwoni dziesiątka czy jedenastka Beauforta. Nie ma takich mądrych, to trzeba najpierw przeżyć. Zdarzyło mi sie zrobić coś, co wydawałoby się bzdurą - zrobiłem na podstawie doświadczenia i nosa, nie ukrywajmy, i wyszedłem z tego cało. Takie rzeczy to było, na przykład wyjście z portu w Douglas na Isle of Man w czasie huraganu. Postanowiłem wyjść z portu w morze, bo bałem się, że w porcie huragan mi rozwali Zawiszę o nabrzeże. To był słynny huragan, który potem, jeżeli ktoś z Państwa wpisze w wyszukiwarkę „Fastnet 1979”, to to jest ta historia opisana. To były regaty Fastnet na Morzu Irlandzkim, gdzie nagle powstały nieprzewidziane przez żadne służby meteorologiczne (to jest uważane teraz za największą pomyłkę meteorologii brytyjskiej). Nagły huragan zatopił 16 jachtów regatowych, które brały w tym udział.

***

     KWS: Ja nawiążę do tego, co widzieliśmy, coś co przerwało naszą rozmowę. Twoje największe takie wrażenie związane z patrzeniem na wodę. Zwierz, nie wiem, zjawisko atmosferyczne.

     JZ: Chyba takim największym, które bije wszelkie rekordy, to było wiele lat temu na Zawiszy Czarnym. Szliśmy z Freeport na Wielkiej Bahama na Bermudy. No więc oczywiście, wszyscy byli podnieceni tym, że pierwszy raz w życiu naprawdę „tymy ręcami” płyniemy sami, samodzielnie przez słynny Trójkąt Bermudzki, więc jakaś taka atmosfera podniecenia była. Po czym rano się dowiaduję z opowieści już na spokojnie, po przeżyciu, jak ranna wachta, zaczęło się lekko rozjaśniać i nagle oni zobaczyli mniej-więcej 200 metrów - jak oceniali - przed dziobem Zawiszy Czarnego wychodzącą bardzo szybko ogromną kulę z roztopionego jakby żelaza, płonącą. Któryś krzyknął „Zawołaj kapitana” i nikt się nie ruszył, bo im nogi wrosły. Po prostu oni byli sparaliżowani. To trwało kilkanaście sekund, po czym ta kula zaczęła rosnąć w oczach, a jednocześnie się oddalać i już po 20 sekundach okazało się, że jest to wschodzące słońce. Tylko na skutek refrakcji było takie zjawisko, że oni to zobaczyli dosłownie 200, wyglądało jakby ta kula wschodziła 200 metrów przed jachtem i wszyscy dosłownie struchleli z przerażenia. No, ale ja już Trójkąt Bermudzki przejechałem, nie wiem, chyba z 8 czy 9 razy i jak widać żadne UFO mnie nie porwało, ciągle jeszcze żyję.

     KWS: Ja jestem tutaj mocno rozemocjonowana, bo pierwszy mój rejs przez Atlantyk w ogóle, oglądanie koloru tej wody, ale jak zobaczyłam delfinki, a potem grzbiet wieloryba, to po prostu będę to miała pod powiekami do końca życia. No, chyba że któryś mi się tu pojawi nagle przed nami i się uśmiechnie do zdjęcia.

     JZ: I zamacha ogonem albo płetwą i powie „Hellou, Kasieńka, hellou, that me, dolphin”.

     KWS: Tak bym chciała.

     JZ: Tak byś chciała. Ja jestem przyzwyczajony do tego, że, po pierwsze, jest cała masa ptaków. Ptaki siadaja na jachcie bardzo często na morzu. Z reguły jest to ich manewr ostatniej szansy, są to ptaki tak wykończone, że im jest wszystko jedno już na czym siądą, byle usiąść, byle nie zginąć. Dają się wziąć w rękę. Z takich większych, zabawniejszych numerów kiedyś w Skagerraku wzdłuż brzegów Norwegii, a było dość zimno, to był kwiecień na Zawiszy Czarnym. Ja wyszedłem sobie z kubkiem kawy na rufę. Tak siedzę zacisznie wkulony za nadbudówką i nagle wylądowała jaskółka, wylądowała na moim kubku kawy i dosłownie ziejąc otwartym dziobem ogrzewała się, bo temperatura była taka, gdzieś +5, to był kwiecień. Ogrzewała się od strony brzucha o moją gorącą kawę. Po czym ja ją delikatnie zaniosłem do nawigacyjnej. Nie ruszyła się, tam troszkę ożyła, wleciała do mojej kabiny, a miałem rozwieszony sznurek taki do suszenia ręcznika czy koszul po wypraniu i przesiedziała sobie całą dobę na tym sznurku. Bardzo była zadowolona. Na szczęście byliśmy blisko brzegu, bo tam weszliśmy już w zasięg lądu, więc potem odleciała.

     Natomiast, jeden z takich najbardziej spektakularnych, to były dwa ptaki - taki gołąb, który w rejsie na Zaruskim na Szpicbergen w 76 roku wylądował gdzieś, chyba też na Skagerraku. Bardzo mu się podobało. Mieszkał sobie w zejściówce. Po paru dniach zrobił się bezczelny - jak wachta kambuzowa kładła zastawę na stół, to wskakiwał na ten, dziobał pasztet na przykład, czasem robił przebieżki, znaczy robił kółko wokół Zaruskiego, stwierdzał, że za zimno, w związku z czym chował się z powrotem. Był z nami na Szpicbergenie, potem dopiero w Lerviku na Szetlandach się wyokrętował. A kilka lat temu w połowie Atlantyku wylądowała czapla. Ta była dwa razy mniejsza i okazuje się, że to jest czapla złotawa się nazywa. Ona jest biała, tylko ma takie dwa czy trzy złotawe piórka na wierzchu głowy i na piersiach. Bardzo szybko się z nami zaprzyjaźniła. Był problem, czym ją karmić, no ale w pasacie, jak się leci w pasacie, tam codziennie się znajduje dwie-trzy latające ryby, które w nocy rozbiły się o nadbudówkę i leżą już martwe. W związku z tym kroiłem te ryby na kawałki i ona przychodziła i z ręki jadła. Bardzo lubiła być w nawigacyjnej, siadała sobie na kole sterowym, patrzyła, gdzie ją wieziemy. No ale potem, oczywiście, po tygodniu dopłynęliśmy do Antigui, tam czapla wyszła na ten, popatrzyła, a tu takie białe ładne panienki z jego gatunku przyleciały. Czapla powiedział „Cześć chłopaki, dzięki za podwózkę, lecę podtrzymywać gatunek”, poleciał za panienkami i tyleśmy go widzieli.

     Żeglarstwo dla osób ponurych i bez poczucia humoru jest - przynajmniej na moim statku, na którym dowodzę - jest gehenną. Ja mu urządzę piekło na ziemi, jak nie ma poczucia humoru. Mamy się tu wszyscy dobrze bawić, mamy być ludźmi inteligentnymi, odpowiedzialnymi, ale tłumaczę, że jeżeli wypada wachta i tak naprawdę w tym momencie na serio pracują trzy osoby poza oficerem - sternik, lewe oko i prawe oko, cała reszta ma w tym momencie mniej lub bardziej wolne, to te trzy osoby plus ten czwarty oficer musi przez tę godzinę czy te cztery godziny wykonywać to sumiennie i dokładnie. A poza tym wszyscy mamy się dobrze bawić. Oczywiście, to są moje dzieci na ten rejs, to są moje dzieci, chociaż czasami są w wieku moich wnuków, ale ja ich traktuję jak własne dzieci. Nawiasem mówiąc, mój syn, który w tej chwili już kończy architekturę, ale kiedy był dwunastoletnim dzieckiem zmarła żona czyli jego matka. Postanowiłem go jak najszybciej usamodzielnić na zasadzie: chłopak ma 12 lat, a mnie nie wiadomo, ile jeszcze tam na górze przeznaczone - sto lat albo tylko trzy miesiące. W związku z tym zbieram go, zresztą wcześniej go zabierałem, na żaglowce i na zasadzie: moje dziecko - no to co? Na reje, tak jak inni. Miasto zwiedzić, z tatusiem? A paszoł, masz kumpli, znasz języki - won na miasto i się usamodzielniaj. Tak samo jesteś ty moim synem tutaj, jak Franek, Marek, Jurek i Baśka. Wszystkich traktuję tak samo i to... są moje dzieci, no. Na tydzień czy na dwa, ale mam taką dużą rodzinę.

***

     KWS: Ile czasu spędzasz na morzu w roku?

     JZ: O, to bardzo różnie. Jak zachodzi sytuacja typu, jak mawiał nieznany młodzieży pan Zagłoba: „okrutnej fantazji ci to kawaler” - ja takim jestem, to cały rok, jak mniej, to pół roku, a czasami w ogóle - tylko dorywczo. Miałem taki okres w życiu kiedy w ciągu miesiąca rak załatwił mi żonę, a dzieci były w wieku 16 i 12 lat. W związku z tym nie mogłem zostawić dwunastolatka samego na wiele miesięcy. Musiałem spasować i osiąść na lądzie, zająć się tym, czym się zajmuję, być, jak mówi sierżant w wojsku: ojcem, matką, Makarenką. Natomiast teraz dzieci są duże. Córka wyszła za mąż, skończyła studia. Syn kończy walkę z Wydziałem Architektury. W związku z tym mogę pływać właściwie bez większych ograniczeń. Świętej pamięci żona, z którą poznaliśmy się w ogóle na Atlantyku na Zawiszy Czarnym, też uprawiała żeglarstwo. Śmiałem się, że jesteśmy takim zakodowanym małżeństwem typu wiadomo, że chłop robi za Odyseusza, szlaja się po morzach i oceanach, a baba robi za Penelopę, to znaczy czeka, lewą ręką robi sweter na drutach dla kolejnego dziecka,a prawą ogania się od gachów zwanych wówczas zalotnikami. Czasami pływaliśmy razem - pływała ze mną często, czy na Pogorii, czy na Zawiszy jako oficer.
     No, ale potem skończyło się tak, jak się skończyło - w związku z tym już problem. Nawiasem mówiąc problem pierwszej wigilii po śmierci matki z dziećmi rozwiązałem w sposób dość nietypowy, ale bardzo szczęśliwy - akurat był to rok 2000 i Zawisza był wyczarterowany jako statek baza dla Romka Paszkego i dla Warty Polpharmy w Barcelonie. W związku z tym, żeby uniknąć sytuacji puste miejsce przy stole wigilijnym, zabrałem dzieciaki i pojechaliśmy do Monako, gdzie stał Zawisza i popłynęliśmy Zawiszą do Barcelony. Pierwsza smutna bez matki i żony wigilia była w Barcelonie, ale było 40 osób, udało się zakrzyczeć smutek. No i to mi rozwiązało bardzo ważny problem świeżo upieczonego wdowca, co zrobić z dziećmi w wieczór wigilijny. Niestety, wiadomość o tym, że żona nagle się okazała umierająca, dotarła do mnie na morzu, to znaczy dokładnie w porcie, ale na Morzu Śródziemnym. Ewakuowałem się, że tak powiem, za zgodą CWM-u, bo to był Zawisza, samolotem, a kolega przyleciał. Był to jedyny rejs, którego nie dokończyłem.

     KWS: Skoro tyle czasu spędza się na morzu, związało się z nim znaczną część swojego życia, to ten dom jest tu, czy ten dom jest tam, gdzie była żona, są dzieci?

     JZ: Trudno powiedzieć. I tam, i tu. Ja, na przykład, być może to sprawa - no nie chcę powiedzieć genetyczna, bo to za dużo powiedziane, ale od zarania dziejów ja w zasadzie nigdy nie miałem jakichś takich odwiecznych korzeni w jakimś miejscu. Moja rodzina wprawdzie pochodzi z Wileńszczyzny. W 45 roku ze mną malutkim rodzice przyjechali, repatriowali się do Polski pierwszym pociągiem stamtąd, w związku z czym znowu byliśmy, że tak powiem, no jak mówią na Śląsku „nie krzoki, tylko ptoki”. Przylecieliśmy i na jakiś czas wylądowali w pierwszym niezniszczonym - licząc od Wileńszczyzny - mieście i to było Kutno. Do matury zostałem Kutnowianinem, potem pojechałem na studia do Warszawy, bo to był jedyny wtedy wydział jaki w Polsce istniał, w związku z tym zostałem Warszawiakiem, no i tak jestem już ponad 50 lat. W związku z tym, gdzie jest mój dom? Wszędzie, po prostu wszędzie.

wróć na początek strony...




C.D.N.

wróć na początek strony...